Viktoryia Kolchyna
Na początku września 1939 r. polskie miasto Grodno znajdowało się dokładnie tam, gdzie było wcześniej. Ale na początku listopada jego mieszkańcy nie mieszkali już w Polsce. Praktycznie z dnia na dzień stali się obywatelami sowieckimi – niezależnie od tego czy rozumieli co to oznacza, czy też nie.
Na mocy paktu Ribbentrop-Mołotow Niemcy i Związek Sowiecki podzieliły Polskę na strefy swoich wpływów. Podczas gdy Wehrmacht parł na wschód, wojska sowieckie przemieszczały się na zachód. Dla mieszkańców miast takich jak Grodno, Lwów, Pińsk, Wilno czy Baranowicze, skutek miał charakter egzystencjalny: obywatelstwo, własność, język – wszystko zostało przedefiniowane na mocy decyzji, które przyszły z zewnątrz. Nie mieliśmy możliwości zapytać dlaczego tak się stało. Po prostu nie mieszkaliśmy już w Polsce – powiedzą mieszkańcy Grodna kilkadziesiąt lat później.
Grodno nie poddało się po cichu – ale nie miało żadnych szans. Lokalny opór wybuchł, a następnie zgasł pod rządami Sowietów. Zamknięto polskie szkoły lub zmieniono ich profil działalności, państwo przejęło na własność nieruchomości, a lokalną ludność inwigilowano w instytucjonalny sposób.

Białoruski dziennikarz Rusłan Kulevich, opierając się na wywiadach z tymi, którzy przeżyli ten okres w Grodnie, udokumentował sposób, w jaki przeprowadzono te zmiany – i jak państwo zwalczało przejawy nawet niewielkiego sprzeciwu.
Mówili, że przyszli nas wyzwolić
– Kiedy mój ojciec wyjechał bronić Polski, przyszli Sowieci – wspominała Zofia Zakrzewska. – Powiedzieli, że przyszli nas wyzwolić. Ale my nie uważaliśmy, że potrzebujemy wyzwolenia. Przed nimi żyło nam się dobrze.
Okupacja sowiecka przebiegała w sposób przemyślany. W latach 1940–1941 setki tysięcy mieszkańców zajętych terytoriów zostało deportowanych do odległych części Związku Sowieckiego. Nauczyciele, właściciele ziemscy, oficerowie wojskowi czy duchowni zostali załadowani do pociągów i wysłani na wschód – głównie na odległą Syberię i do Kazachstanu. Procesy sądowe były rzadkością. Do deportacji wyznaczano całe grupy społeczne.
– Ale Sowietom nie udało się wywieźć wszystkich – wspomina Irena Kiziukiewicz. – Rankiem 22 czerwca [1941 r.] niemieckie samoloty zbombardowały linie kolejowe w pobliżu Orszy i Baranowicz, zatrzymując transporty. Niektórzy deportowani zginęli, inni wrócili do domu. Dla nich najważniejsze było to, że nie zostali wysłani na Syberię.
Ci, którzy pozostali, zostali poddani transformacji. Zamknięto polskojęzyczne szkoły. W nowym programie nauczania pamięć narodowa została zastąpiona doktryną sowiecką. Polskie harcerstwo zostało wyparte przez organizacje młodzieżowe, takie jak Komsomoł. Kościoły i inne obiekty związane z kultem religijnym zamknięto lub zmieniono ich przeznaczenie. Co najmniej dziesięć instytucji katolickich w Grodnie zniknęło z życia publicznego. Duchowni zostali uwięzieni. Nieruchomości – domy, firmy, apteki – skonfiskowano bez odszkodowania. Nowy system walutowy pochłonął oszczędności mieszkańców. Do 1941 r. znacjonalizowano ponad 65% własności prywatnej w mieście.
– Mieszkaliśmy w części domu – wspomina Donat Kurianowicz – ale budynek nie należał już do nas. Próbowałem go odzyskać w 1990 r., kiedy byłem starszy, ale władze stwierdziły: „Nie ma przepisów, które pozwalają je zwrócić”. Gdyby takie prawo istniało, wiele osób wróciłoby z Polski, aby odzyskać to, co do nich należało. Dlatego takie przepisy nie istnieją.
Rodzina Drucisów straciła działkę przy Żwirki. Ich wniosek o budowę drugiego domu został odrzucony. – Powiedzieli nam: „Macie już dach nad głową, nie potrzebujecie kolejnego domu” – mówi.
Sowieckie siły bezpieczeństwa monitorowały życie codzienne. W latach 1939–1941 aresztowano ponad 1200 mieszkańców Grodna. Wielu z nich nigdy nie postawiono formalnych zarzutów. Inwigilacja opierała się nie tylko na agentach, ale także na sąsiadach, a nawet uczniach.
Byliśmy Polakami, potem Sowietami, a teraz jesteśmy Białorusinami
Większość z tych, z którymi rozmawiał Kulevich ma obecnie ponad dziewięćdziesiąt lat. Wspominają ten okres przez pryzmat tego, czego już nie ma: zapachu ciastek, które zniknęły z piekarni, cichego zniknięcia sąsiadów, pustki wypełniającej miejsca w kalendarzu, w których kiedyś zaznaczano święta.
– Kiedy zabierali ludzi – wspominał jeden z mieszkańców Grodna – nie mogliśmy nawet powiedzieć sobie: „Do widzenia”. Jednego dnia tam byli, a następnego dnia okna ich mieszkań były już ciemne.
Związek Sowiecki się skończył. Jego miejsce zajęła Białoruś.
– Najpierw byliśmy Polakami, potem Sowietami, a teraz jesteśmy Białorusinami – mówi jeden z rozmówców Kulewicza. – Ale ciągle tymi samymi ludźmi. Tylko brzmienie nazwisk się zmieniało.
Te historie – wymazywania, konfiskaty i strachu – wciąż odbijają się echem w dzisiejszej Białorusi, gdzie niezależne dziennikarstwo i pamięć historyczna pozostają pod presją ze strony władz. Niewielu zna tę historię lepiej niż Rusłan Kulewicz, urodzony w Grodnie dziennikarz, który opuścił Białoruś w 2020 r., po tym, jak został zatrzymany podczas protestów. Obecnie mieszka w Białymstoku, kieruje niezależnym medium MOST i nadal dokumentuje wspomnienia o międzywojennym Grodnie w swoich książkach.
Rozmowa z Rusłanem Kulevichem o międzywojennym Grodnie, o pamięci i o tym, co to znaczy zachować historię w kraju, który karze tych, którzy pamiętają.
Viktoryja Kolchyna: Jak pogodziłeś się z wygnaniem i jak zebrane przez Ciebie historie kształtują Twoje własne doświadczenie wysiedlenia?
Rusłan Kulevich: Okres po ucieczce z Białorusi był trudny. Miałem poczucie winy, poczucie straty. Wtedy jedna z osób, z którymi rozmawiałem – człowiek, który sam uciekł z Grodna w czasach sowieckich – powiedział coś, czego nigdy nie zapomniałem: „Rusłanie, nie powtarzaj naszego błędu. My czekaliśmy na powrót do Grodna od 1945 r. do późnych lat 90. Nie czekaj, aż wszystko się ułoży – zacznij budować swoje życie w Polsce już teraz. Przyjdzie taki dzień, że wrócisz”. Te słowa dały mi coś, czego mogłem się trzymać. Zdałem sobie sprawę, że mogę porzucić przeszłość. I faktycznie, wszystko stało się łatwiejsze. Porzuciłem życie w Grodnie i zacząłem budować coś nowego – niedawno zostałem obywatelem Polski. Pod koniec lat 90. XX w. wielu byłych mieszkańców Grodna przyjechało na Białoruś po raz pierwszy od dziesięcioleci – jako turyści. Wrócili po prostu, by zobaczyć swoje dawne domy. Wcześniej nie mieli odwagi. Teraz przyjechali jako goście. Było w tym coś bolesnego, ale też coś wyzwalającego. Ale widzę, że schematy się powtarzają. Dziś rośnie presja na polską społeczność w Grodnie: zamykane są szkoły, niszczone są polskie groby, a Polacy przedstawiani są jako wrogowie. Historia jest przepisywana na nowo. Dla mnie jest to sprawa głęboko osobista. Kiedy zacząłem zajmować się tym tematem, moje książki można było jeszcze kupić w białoruskich księgarniach. Ale tak już nie jest – dziś są oficjalnie klasyfikowane jako ekstremistyczne.
Jak w białoruskiej i polskiej historiografii zmieniała się na przestrzeni lat narracja wokół obrony Grodna w 1939 r.?
Kiedyś mówiło się u nas, że polskie elity – „pany” – nie pozwalają Białorusinom swobodnie żyć, że ich gnębią. Ale w rzeczywistości ci, którzy chcieli pracować, pracowali. Mam wiele wspomnień grodnian, którzy dobrze żyli przed 1939 r., budowali swoje życie, przyjaźnili się z Polakami. Nikt nie był prześladowany. Twierdzenia, że Polska rzekomo okupowała te ziemie to propaganda. Ale Traktat ryski był prawnie uznaną umową. Mieszkali tu Polacy, Żydzi i Białorusini – potomkowie Wielkiego Księstwa Litewskiego. Sowiecka propaganda przekonywała, że w Polsce nie ma co jeść, że ludzie głodują. Ale w sklepach były pomarańcze, wszelkiego rodzaju kiełbasy i nikt nie stał w kolejkach, tak jak później pod rządami Sowietów. Nadejście wojsk sowieckich w 1939 r. było przedstawiane jako początek prawdziwego życia. Tak, to prawda, że więcej młodych ludzi ze wsi uzyskało dostęp do edukacji. Ale ogólnie rzecz biorąc, była to okupacja, a nie wyzwolenie. W Grodnie, wskutek prowadzonej na wsi akcji rozkułaczania, pojawiły się kolejki i braki w zaopatrzeniu – ludzie czekali w kolejkach po podstawowe towary. Wielu zaczęło wyjeżdżać. Wszyscy żyli w niepewności – zawsze przygotowani: trzymali dwie lub trzy torby spakowane przy drzwiach, wiedząc, że w każdej chwili ktoś może po nich przyjść.
Nawet gdy po wojnie ogłoszono repatriację, nie wszyscy wierzyli, że można bezpiecznie opuścić Grodno. Ludzie przychodzili na stację i mówiono im: ten pociąg jedzie do Polski. Ale oni się bali. Na początku przychodzili tylko popatrzeć, w którą stronę ten pociąg pojedzie. Na zachód, w stronę Polski? Czy na wschód? Dopiero gdy zobaczyli, że pociągi naprawdę jadą na zachód, chętniej do nich wsiadali. Pewna kobieta z Grodna opowiadała mi, że w mieście mówiono po polsku jeszcze do końca lat 40. ubiegłego wieku. Potem wyjechała na kilka lat do pracy gdzie indziej, a kiedy wróciła, nie poznała swojego rodzinnego miasta. Wszyscy mówili po rosyjsku. To było tak, jakby język polski został wymazany. Musiała uczyć się wszystkiego od nowa, chodzić do rosyjskojęzycznych szkół. Kościoły były zamknięte. Ludzie oczywiście nadal ze sobą rozmawiali, ale język polski pozostał bardziej żywy nie w samym mieście, ale na obszarach peryferyjnych – na wsiach, gdzie ludzie żyli w zwartych społecznościach.
Dlaczego tak wielu Polaków pozostało w sowieckim Grodnie?
Ludzie mówili: nasi rodzice są już starzy – jaki sens wyjeżdżać w wieku 50 czy 60 lat i zaczynać od zera w Polsce? Łatwiej było zostać. Żyli skromnie, ale przynajmniej mieli swoje gospodarstwo, swój kąt. Dało się wytrzymać. Wyjazd do Polski był dla nich jak wyjazd w nieznane. Słyszałem historie tych, którzy wyjechali – większość z nich trafiła na Pomorze. Niemcy zostali wysiedleni, a ich miejsce zajęli ludzie z Grodna i innych części Kresów. Wielu jednak wahało się przed osiedleniem w dawnych niemieckich domach. Obawiali się, że Niemcy mogą wrócić i ponownie ich wypędzić. Wybierali więc małe domki, budynki gospodarcze – cokolwiek, co wydawało im się bezpieczne. Inni natomiast byli przeciwnego zdania. Mówili: „Niemcy zaczęli tę wojnę, wyjechali – teraz my tu mieszkamy”. Wprowadzili się do dobrze zbudowanych domów i nie czuli się z tego powodu winni. Ludzie się dostosowali. Żyli tak, jak potrafili. W Grodnie władza często się zmieniała. To część charakteru miasta – i o tym też piszę w książkach. Ludzie żyli i pracowali pod każdą władzą. I nie należy ich za to osądzać. Niektórzy pracowali w fabrykach, inni w warsztatach – ale nie dla ideologii. Po prostu po to, by wyżywić swoje rodziny. Jest jeszcze jedna ważna różnica, którą zauważyłem. Tutaj, w Polsce, ci grodnianie, którzy osiągnęli podeszły wiek, żyją inaczej. Mają inne emerytury, inne możliwości. Po dziewięćdziesiątce korzystają ze smartfonów, przeglądają Facebooka, oglądają zdjęcia rodzinnego Grodna. Są w kontakcie ze swoimi wnukami – rozmawiają z nimi tym samym językiem. Ale ci rodacy, którzy pozostali na Białorusi… to już inna historia. Po siedemdziesiątce większość z nich żyje w swoim najbliższym kręgu. Jeśli wnuk przyniesie im telefon, to już jest wielka sprawa. Nie przypominam sobie, żeby którykolwiek z moich rozmówców w Białorusi miał konto w mediach społecznościowych. I być może to jest najbardziej wyraźny przejaw przepaści – nie tylko między dwiema liniami losu, ale też między różnymi wersjami historii.
Czy mógłbyś porównać opór w Grodnie z tym, co działo się w innych miastach na Kresach, które również stanęły w obliczu sowieckiej inwazji?

O ile mi wiadomo, Grodno było jedynym miastem w regionie, które stawiło zbrojny opór siłom sowieckim. To nie był zwykły protest – to była bezpośrednia konfrontacja. Jest to coś, za co miasto zostało później oficjalnie uhonorowane rozkazem państwowym [W 1941 r. Naczelny wódz gen. Władysław Sikorski złożył obietnicę uhonorowania miasta orderem wojennym Virtuti Militari, jednak do tego nie doszło – dop. red.]. Mieszkańcy Grodna są inni. Wyróżnia ich determinacja i stanowczość.
Jakie formy przybierał opór w Grodnie?
Z zebranych przeze mnie relacji wynika, że ludzie wychodzili na ulice i organizowali się w małe grupy. Była to głównie młodzież w wieku 14, 15 lat. Spotykali się w budynkach szkolnych lub salach gimnastycznych, często pod nieformalnym przewodnictwem nauczyciela lub dyrektora. Przygotowywali butelki wypełnione benzyną – prowizoryczne zapalniki – które następnie przekazywali innym, aby rzucali w sowieckie czołgi. Była to forma spontanicznego, oddolnego oporu. W mieście nie było już regularnych jednostek wojskowych – tylko resztki sił, niewielu żołnierzy i głównie miejscowa młodzież. Na pewnym poziomie wiele osób nigdy w pełni nie zaakceptowało sowieckich rządów – choć z czasem pogodzili się z nimi. W tym sensie walki w 1939 r. wydawały się nieuniknione. Rzadko mówi się jednak o tym, że represje nie zakończyły się wraz z wojną. Władze sowieckie zaczęły burzyć kościoły katolickie – a dla ludności polskiej było to uderzenie w serce ich tożsamości. Zniszczenie największego kościoła w Grodnie było szczególnie traumatyczne. W tamtym czasie krążyła nawet taka historia: Kiedy władze zagroziły zburzeniem kolejnego kościoła, ktoś wysłał anonimową notatkę: „Jeśli zburzycie jeszcze jeden, wysadzimy most”. Ostrzeżenie poskutkowało. Kościół ocalał. Wprawdzie Niemcy zniszczyli wiele podczas wojny, ale Sowieci dokończyli to. Dopiero w latach 90. ludzie poczuli, że mogą otwarcie mówić o tych sprawach. Dziesięciolecia minęły w milczeniu. Jedna historia jest szczególnie trudna. Miejscowa prawosławna rodzina żyła sobie spokojnie w Grodnie. Był rok 1939. Nadeszli Sowieci. Rodzina miała troje dzieci – dwóch chłopców i dziewczynkę. Kiedy rozpoczęła się obrona miasta, chłopcy wyszli. Później wrócili – cali i spokojni. Może brali udział w oporze, a może tylko się przyglądali. Niedługo potem do domu przyszli sowieccy żołnierze w towarzystwie żydowskiego sąsiada. Wskazał na chłopców i powiedział: „Ci dwaj byli na barykadach. Brali w tym udział”. Zostali aresztowani i straceni. Rodzina nigdy się z tego nie otrząsnęła. Ból i gorycz były głębokie. Tym bardziej było to bolesne, że początkowo z zadowoleniem przyjęła władzę sowiecką. Do dziś nikt nie wie na pewno, czy chłopcy rzeczywiście dołączyli do ruchu oporu. Ale oskarżenie sąsiada wystarczyło. Samo to przypieczętowało ich los.
Jakie jest dziś dziedzictwo wydarzeń z 1939 r. w Grodnie? Jak są one pamiętane na Białorusi?

Prawie wszystkim moim rozmówcom zadałem podobne pytanie: „Czy obrona Grodna była konieczna?” Przecież ci, którzy bronili miasta, zostali później straceni. Zostali pochowani na Sobaczej Górce w Grodnie. Miejsce jest znane, nazwiska są znane – ale do dziś nie przeprowadzono ekshumacji. Wciąż mam nadzieję, że pewnego dnia do niej dojdzie. Nie wszyscy pamiętają – a wśród tych, którzy pamiętają, odpowiedzi są różne. Niektórzy mówią: „Jaki to miało sens? Kilku uczniów poszło strzelać do Sowietów. Komu to było potrzebne? Powinni byli zostać w domu – może wtedy ich rodziny nie zostałyby deportowane”. To jest jedna ocena. Inni natomiast są dumni z tego, że ich brat czy ojciec brał udział w walkach. Istnieją opowieści o ludziach, którzy po walkach przeczesywali Sobaczą Górkę w poszukiwaniu ciał krewnych – i często ich nie znajdowali. Według różnych szacunków zginęło wtedy od 300 do 400 osób. Ale tak naprawdę wciąż nie znamy dokładnej liczby. Archiwa pozostają zamknięte. W następstwie obrony miasta wiele rodzin zostało deportowanych. Jednym z trudniejszych aspektów tej historii jest to, jak ludzie zwracali się przeciwko sobie. W 1939 r. niektórzy donosili na Polaków do Sowietów. Później, pod rządami Niemców, Polacy donosili na Żydów. Atmosfera w Grodnie, nawet przed wojną, była napięta. Wiele z tego zostało zaimportowane z Niemiec – retoryka, przemoc. Dochodziło do pogromów. Hasła malowane na murach: „Nie kupuj u Żydów”. Żydzi mieszkali w Grodnie od XIV w. – ponad 500 lat. Posługiwali się własnym językiem. Wielu z nich zajmowało się handlem. Udzielali kredytów. W 1935 r. w mieście doszło do wielkiego pogromu. Przez trzy dni plądrowano żydowskie sklepy. Ludzi wyrzucano z domów. Policja nie interweniowała. [Więcej o tym pogromie zob. tutaj: https://www.jewishbialystok.pl/Pogrom–7-czerwca-1935-Grodno,5542,3272 – dop. red.] Jeden z moich rozmówców wspominał, że miał wtedy 12 lat. Podczas plądrowania poszedł do sklepu i wziął dla siebie parę sandałów – nigdy nie powiedział o tym matce. Ukrył je.

Czy poznałeś jeszcze jakieś inne jakieś osobiste historie, które wywarły na Tobie silne wrażenie?
Jedną z nich było moje spotkanie w Grodnie z Kazimierzem Salwesiukiem. Opowiedział, że przed 1939 r. interesował się sportem i sprzedawał piłki tenisowe. Już sam ten fakt mnie zaskoczył — że przed II wojną światową w Grodnie grano w tenisa. Sam Kazimierz nie mógł sobie na to pozwolić — pochodził z biednej rodziny. Ale jest wiele przykładów na to, że zwykli chłopcy stawali się w Grodnie dobrymi sportowcami. Nigdy nie wyobrażałem sobie, że takie życie istniało w przedwojennym Grodnie. Zawsze uczono nas, że życie w mieście rzekomo zaczęło się dopiero po okupacji sowieckiej – kiedy przybyli tak zwani „wyzwoliciele”. Ale tutaj była zupełnie inna perspektywa. Kazimierz Salwesiuk był rodowitym mieszkańcem Grodna, kimś głęboko zakorzenionym w tym mieście. To dzięki niemu zacząłem poważnie myśleć o badaniu historii Grodna poprzez osobiste świadectwa. Opowiedział mi historie ze swojej młodości – jak kiedyś ukradł śledzie żydowskiemu kupcowi, jak zakochał się w żydowskiej dziewczynie. W tamtych czasach nie zachęcano do tego rodzaju związków, ale on naprawdę ją lubił. Po wybuchu wojny został deportowany do Kazachstanu, ponieważ jego brat służył jako polski oficer. A kiedy Sowieci wrócili po wojnie, został ponownie deportowany, tym razem na wiele lat. Do Grodna wrócił dopiero na starość. Był moim pierwszym rozmówcą i osobą, która zainspirowała cały ten mój projekt badawczy. W swojej trzeciej książce, która koncentruje się na mieszkańcach Grodna, którzy ostatecznie opuścili Białoruś, zawarłem historię kobiety, której matka została wywieziona do Niemiec na roboty przymusowe podczas okupacji hitlerowskiej. Po zakończeniu wojny siostra matki przyjechała po nią, by zabrać ją do Polski. Ale rodzina, która ją gościła, nie chciała się na to zgodzić. Nie powiedzieli jej nawet, że ktoś po nią przyjechał. Ukryli ją w szopie. Dopiero wiele lat później sąsiedzi powiedzieli jej prawdę – że jej ciotka rzeczywiście próbowała sprowadzić ją do domu. Kobieta spędziła całe życie próbując ponownie połączyć się z matką w Polsce, ale nigdy jej się to nie udało. Obecnie mieszka w Rosji. Jej korzenie są jednak w Grodnie. Przez całe życie wierzyła, że nikt po nią nie przyjedzie – ale to nie była prawda. Tak to się często zaczyna: jedno zdjęcie, przelotne wspomnienie – za którym kryje się całe życie.
Jak postrzegasz swoją rolę w zachowaniu pamięci o przedwojennym Grodnie i co sprawiło, że zacząłeś ją dokumentować?

Nie miałem dziadków – brakowało mi tego rodzaju rozmów, możliwości wysłuchania żywych relacji z przeszłości. Chciałem posłuchać ludzi, którzy sami tego doświadczyli, którzy na własne oczy widzieli przedwojenne Grodno. Początkowo publikowałem pojedyncze historie w ramach rubryki na stronie Hrodna.life. Ludzie zaczęli odpowiadać. Stopniowo materiały te stały się podstawą mojej pierwszej książki. Wydaliśmy ją dzięki crowdfundingowi – nie było sponsorów. Świadectwa starszych grodnian zbierałem przez prawie trzy lata, od 2017 do 2018 r. Wtedy też wpadłem na pomysł, by poprosić każdego rozmówcę przynajmniej o jedno zdjęcie. I tak zaczęło kształtować się moje archiwum – rosnąca kolekcja zdjęć z lat 20., 30. i 40. W 2019 r. ukazała się druga książka. Ilość materiału podwoiła się. Ludzie zaczęli kontaktować się ze mną bezpośrednio, oferując podzielenie się swoimi historiami. Teraz przygotowujemy trzeci tom. Przez ostatnie pięć lat szukałem nowych rozmówców, starszych rodaków w Polsce – tych, którzy wyjechali, ale zabrali ze sobą pamięć. W nadchodzącej książce znajdzie się około 20 nowych relacji. Średnia wieku osób, z którymi rozmawiałem, wynosiła około 90 lat. Połowa z nich już odeszła. Ale ich wspomnienia pozostały. Pozostał żywy zapis życia w przedwojennym Grodnie. Nawet kiedy na Białorusi zaczęły się represje, a moje biuro w Grodnie zostało przeszukane, miałem tylko jedną prośbę do milicji, żeby nie dotykali zdjęć. One nie były moje. Są częścią historii miasta. Są naszą wspólną pamięcią. Na szczęście całą kolekcję udało się przywieźć do Białegostoku.

Co jakiś czas organizujemy wystawy fotograficzne – żeby ta historia nie została zapomniana, żeby żyła nie tylko w książkach, ale w pamięci społecznej. W 2018 r. rozpoczęła się produkcja filmu pt. Orlęta. Grodno ’39 w reżyserii Krzysztofa Łukaszewicza. Ujęcia kręcono w kilku polskich miastach, a główne sceny – w Radomiu, wybranym ze względu na bliskie podobieństwo do przedwojennych ulic Grodna. Filmowanie na Białorusi było oczywiście niemożliwe ze względu na sytuację polityczną. Ekipa szukała więc w całej Polsce lokalizacji, które wizualnie pasowałyby do Grodna. Ulice, fasady, drobne detale architektoniczne – wszystko zostało zrekonstruowane na podstawie zdjęć i relacji naocznych świadków. Przed rozpoczęciem zdjęć ekipa reżyserska skontaktowała się ze mną. Napisali z prośbą o archiwalne zdjęcia z tamtego okresu. Kostiumografowie i scenografowie wykorzystali te materiały do zbudowania wizualnego świata filmu – wnętrz, ubiorów, atmosfery przedwojennego Grodna. Później zostaliśmy zaproszeni na plan. Krzysztof Łukaszewicz kilkakrotnie osobiście podchodził do mnie i pytał: „Czy to naprawdę tak wyglądało? Czy tak to ludzie opisywali?” Jest jedno zdjęcie, które stało się symbolem obrony Grodna – nastoletniego chłopca Tadzika Jasińskiego. W filmie pojawia się on pod nazwiskiem Tadzika Jasukiewicza. Nastolatek został schwytany przez wojska sowieckie, przywiązany do czołgu i pozostawiony na śmierć. Dla mnie reprezentuje on całe pokolenie – pokolenie, które broniło swojego miasta nie z obowiązku, nie z rozkazu, ale po prostu dlatego, że tak podpowiadało im sumienie. W ten sposób osobiste historie zwyciężają ciszę, która próbuje je wymazać.
Viktoryia Kolchyna – białoruska dziennikarka. Mieszka w Polsce, pracuje w Muzeum Pamięci Sybiru.
Fotografie (oprócz zdjęcia Tadeusza Jasińskiego) z książki Rusłana Kulevicha: Гісторыі з гродзенскіх вуліц. Гродна 1930‑40‑х вачыма жыхароў. Працяг, Гродна 2019. Publikacja za zgodą Autora.


