Małgorzata Król
Ten uczciwy, bezkompromisowy katorżnik, choć zabrzmi to jak paradoks, w warunkach zniewolenia starał się pozostać wolnym. Niezależnym mimo podległości. Mądrym i dobrym w świecie absurdu i zła. Wycieńczony etapową drogą, schorowany, zdruzgotany wiadomością o śmierci żony i sieroctwie maleńkich dzieci, posiadał niezwykłą moc ducha, czy jak sam pisał ducha szlachectwo…
Julian Sabiński to postać mało znana, ale obecna w Bibliografii literatury polskiej, tzw. Nowym Korbucie, gdzie obok nazwiska pojawiło się określenie pamiętnikarz. Pozostać przy tym określeniu, skądinąd też niewłaściwym, bo był autorem dziennika*, pisanego na bieżąco w trakcie niewoli i wygnania, to tak jakby przybliżać Mickiewicza, ograniczając się do stwierdzenia: nauczyciel w Kownie.

Julian Glaubicz Sabiński to syn, brat, mąż, ojciec i przyjaciel. Wychodząc poza relacje rodzinno-towarzyskie należy dodać: powstaniec listopadowy, członek Stowarzyszenia Ludu Polskiego, zesłaniec-katorżnik, samouk-erudyta, poliglota, literat… Aby rzeczywiście przybliżyć tę postać należy napisać szlachcic ducha, człowiek prawdy [„ani pochlebiać, ani kłamać nie mogąc” (I, 421)] i honoru. I choć we współczesnych realiach słowa te brzmią nieco patetycznie – dał na nie swe przyzwolenie, pisząc w Dzienniku:
Biedni ci ludzie tutejsi!… W niedołęstwie swojej umysłowej ślepoty wyrzucają mi czasem obecne moje położenie, chcąc mię tym upokorzyć! Nie wiedzą, nie pojmują, że jest rodzaj szlachectwa, którego żadna w świecie potęga wydrzeć nie może, kiedy to nie na samych tylko dawnych nadaniach i zapisach, nie na samym odwiecznym rodu wywodzie, lecz bardziej jeszcze i zaszczytniej na szlachetności uczuć osobistych, wyższych wyobrażeń, na zacności duszy i poczciwym dążeniu oparte.
Julian Glaubicz Sabiński, Dziennik syberyjski, t. 1, s. 364
… w okropnych męczarniach konanie
Sabiński urodził się 11 lutego 1797 r. na Podolu koło Kamieńca jako syn Ludwika i Elżbiety z Raczyńskich. Po rozwodzie rodziców wychowaniem i nauką chłopca zajął się Rajmund Korsak. Przejęte od opiekuna umiłowanie wiedzy sprawiło, że Sabiński, nie ukończywszy żadnych szkół, był wszechstronnie wykształcony. Od młodości utrzymywał kontakty z elitą intelektualną, w tym ludźmi pióra: Tymonem Zaborowskim, Stanisławem Starzyńskim, na zesłaniu z Gustawem Ehrenbergiem, wreszcie z Apollem Korzeniowskim, którzy cenili i jego wiedzę, i przyjaźń.
W powstaniu listopadowym walczył w obronie Zamościa. Po kapitulacji dostał się do niewoli rosyjskiej. Objęty amnestią, w 1832 r. powrócił na Podole. Dwa lata później ożenił się z Pelagią z Darowskich, z którą miał trójkę dzieci: Ziemowita (ur. 1835), Olgierda (ur. 1837) i Hemildę (ur. 1838). Związany ze sprawą Szymona Konarskiego przez udział w Stowarzyszeniu Ludu Polskiego, do czego nigdy się nie przyznał, w październiku 1838 r. został aresztowany i osadzony w cytadeli kijowskiej. Wyrokiem sądu wojskowego (z marca 1839 r.) skazany na karę śmierci, którą złagodzono na 20 lat ciężkich robót na Syberii i dożywotnie osiedlenie. Czy gest ten traktował jako akt łaski? W Dzienniku napisał, że śmierć, z którą w kilka sekund wszystko się kończy, zamieniono na dwudziestoletnie w okropnych męczarniach konanie (I, 83)… A gdy po przybyciu do przeznaczonego mu Usola dowiedział się o śmierci żony, zazdrościł umarłym: Zdaje mi się, że mówić zapomniałem zupełnie… I modlić się już teraz nie umiem… Jestem najnieszczęśliwszym z ludzi (I, 174).
Oficjalnie miał być katorżnikiem wożącym drwa do warzelni soli. W rzeczywistości nigdy pracy tej nie wykonywał. Od grudnia 1839 r. pracował jako nauczyciel języków obcych dzieci usolskich dygnitarzy, z naczelnikiem zakładów solnych w Syberii Wschodniej Andrejem Mewiusem na czele.
W 1841 i 1842 r. karę mu zmniejszano (łącznie o lat dziesięć), a w 1843 r., na mocy kolejnej łaski, został przeniesiony na osiedlenie do wsi Granowskoje w okręgu irkuckim. Nigdy tam nie trafił. Zamieszkał u dekabrysty-zesłańca, księcia Sergieja Wołkońskiego, zajmując się edukacją jego syna Michaiła. Ułaskawiony na mocy manifestu koronacyjnego z 1856 r., jesienią 1857 r. przybył do Kamieńca Podolskiego. Nie miał jednak zaznać spokoju. W maju 1861 r. został ponownie aresztowany za udział w nabożeństwie patriotycznym i zesłany w trybie administracyjnym do Czernihowa, gdzie w lutym [1869 r.] zmarł.
Gdzież to ja niestety! W Azji!… W kajdanach!
Sabiński-zesłaniec był postacią absolutnie wyjątkową i wyjątkowe sybirskiego doświadczenia pozostawił świadectwo. Obszerny (zarówno pod względem objętości – 3335 stron rękopisu, jak i zakresu – lata 1838–1857), pisany piękną polszczyzną dziennik. Dzieło, złożone z codziennych notatek, przybliża czas od uwięzienia i śledztwa w Kijowie, przez drogę etapową i wieloletni pobyt w Usolu i Irkucku. Zapiski są świadectwem człowieka znakomicie wykształconego, nieprzeciętnie inteligentnego, obdarzonego doskonałą pamięcią, o ogromnej kulturze (nie tylko literackiej). Sabiński oderwany od ojczyzny, żony, dzieci, nie dał się złamać niewspółmiernym do winy wyrokiem, a dręczony i poniżany, zachował godność, czyli jak pisał dostojność męczeństwa. Sporządzanie notatek, początkowo z myślą żonie, a po jej śmierci dzieciach, rozpoczął w kijowskim więzieniu. Wtedy nauczył się pisać skróceniami, bardzo prędko. Dziennik prowadził także podczas drogi etapowej. Notował: leżąc płaszczem obwinięty i obrócony plecami do zbirów pod pozorem czytania książeczki do nabożeństwa (I, 53). Tak powstawało smutne opowiadanie naszego nieszczęścia (I, 53).
Drogę do Tobolska przechorował, nie mając nadziei dotarcia do stolicy Syberii Zachodniej. Świeżość wyroku, osamotnienie, lęk o najbliższych przytłaczały, najmocniej dając się odczuć w dniach rodzinnych jubileuszy. W pierwszą rocznicę urodzin Hemildy był na granicy rozpaczy: Gdzież to ja niestety! W Azji!… W kajdanach!… Rok temu tak byłem szczęśliwy. Tyle wtenczas miałem nadziei, tyle życia przed sobą!.. A dziś!!! (I, 84).
… pobyt nas dziewięciu mógłby zaszkodzić koniom jego …
Liczył, że spotkanie z księciem Gorczakowem w Tobolsku doprowadzi do rewizji wyroku. Tymczasem dowiedział się, że jak wszyscy skazani w Kijowie, przeznaczony jest do Syberii Wschodniej i skazany do robót w nerczyńskiej kopalni. Miał poznać koszmar zesłańczej wędrówki, podczas której upał, chłód, choroby, brud domów etapowych, wszechobecne robactwo nie ciążyły mu tak bardzo jak chaos moralny i prymitywne okrucieństwo dozorujących. Wśród najpodlejszych wymieniał pułkownika Kiryna, który nie zezwolił na umieszczenie więźniów politycznych w stajni pełnej wilgoci i gnoju, bo pobyt nas dziewięciu mógłby zaszkodzić koniom jego tam stojącym (I, 116). Inny, przekraczający swą podłością wszelkie wyobrażenie grubiaństwa i nieludzkości, do katalogu okrucieństw dorzucał głód (I, 105). Ale byli też tacy, jak uczynny, widywany z książką w ręku (I, 108) oficer Czyhunow, podzielający z nimi skromny, aresztancki obiad. Tym świadectwom trzeba wierzyć, bo Sabiński pochlebiać i kłamać nie umiał…
… łaski od nikogo nie potrzebuję, nie żądam i nie przyjmę nigdy.
Ten uczciwy, bezkompromisowy katorżnik, choć zabrzmi to jak paradoks, w warunkach zniewolenia starał się pozostać wolnym. Niezależnym mimo podległości. Mądrym i dobrym w świecie absurdu i zła. Wycieńczony etapową drogą, schorowany, zdruzgotany wiadomością o śmierci żony i sieroctwie maleńkich dzieci, posiadał niezwykłą moc ducha, czy jak sam pisał ducha szlachectwo, które manifestacyjnie doszło do głosu podczas pierwszej rozmowy z naczelnikiem Andrejem Mewiusem. Rozmowy z człowiekiem, od kaprysu którego zależał los, żeby nie napisać życie Polaka. Sabiński, na propozycję objęcia pieczy guwernerskiej odpowiedział:
Jeżeli, panie majorze, sądzisz w swoim sumieniu, że to zajęcie nie nadweręża powinności jego służby, w takim razie przyjmuję. Ale jeśli propozycja, którą od pana majora słyszę, ma być dla mnie rodzajem łaski […], winienem oświadczyć, że łaski od nikogo nie potrzebuję, nie żądam i nie przyjmę nigdy. Wiem to, żem skazany do ciężkich robót i wykonywać je gotów jestem. […] O chciej wierzyć, panie majorze, że mnie nie wstydzi bynajmniej największego w świecie mocarza być przedmiotem niechęci, gniewu i zemsty. Lecz w moim położeniu łaska od kogo bądź… On przerywając mi zawołał z uczuciem: „Na mój honor przysięgam panu […] że nie ja panu, lecz pan mnie największą wyświadczysz łaskę!„
Julian Glaubicz Sabiński, Dziennik syberyjski, t. 1, s. 189-191
Sabiński został. Został z warunkiem, aby o żadnym wynagrodzeniu nie było mowy. A praca do najłatwiejszych nie należała. Bo uczennica nie dość, że leniwa, to okazywała: upór i niegrzeczne ze mną zachowanie się. Jednakże […] znosić to wszystko musimy, pamiętając, że »do ciężkich robót jesteśmy skazani!« (I, 331).
Mała i niewinna pomyłka!!!
Dziennik nie tyko odkrywa człowieka, który bez tych notatek zginąłby w rzeszy bezimiennych męczenników Sybiru, ale też przybliża i rosyjski system represyjny, opisany rzetelnie, z emocjonalnym dystansem, i panujący biurokratyczny nieład. Łotrostwo było bezkarne, przejmowanie pieniędzy, kosztowności słanych przez rodziny zesłańcom nagminne, a pomyłki w swej tragiczności groteskowo-irracjonalne też nierzadkie. Sabiński był przerażony, gdy poznał historię Gąsiorowskiego, żołnierza, rodem z Galicji, zwolnionego z Nerczyńska (w 1839 r.), gdzie w roku 1831 trafił przez pomyłkę! Mała i niewinna pomyłka!!! (I, 125) – komentował autor Dziennika. Prezentował nie tylko funkcjonowanie systemu, ale jego rozkład za sprawą wszechobecnego, a zbawiennego dla zesłańców, pijaństwa, bo lepiej z pijakami, niżeli z trzeźwymi, szczęściem dla nas tych ostatnich bardzo mało (I, 123). Dostrzegał płyciznę zasad religijnych, moralnych, brak głębokiego przywiązania nawet wśród najbliższych. Z drugiej strony zaobserwował zdumiewające wręcz zjawisko wyszukiwania stopni pokrewieństwa, których najbieglejszy rodoznawca nie potrafił rozwikłać. Jedna z Sybiraczek, zapytana czy znała wspominaną w rozmowie osobę, odpowiedziała: Jakże bym nie znała, kiedy on jest mój krewny i nawet niedaleki, ponieważ ciotka jego bratowej była za szwagrem mojego pasierba. Nikt nie był zdziwiony, […] wszyscy przyjęli za rzecz prostą i zwyczajną ten szczególniejszy wywód pokrewieństwa. Mnie on wydawał się wyjątkiem ze sceny komicznej (I, 398).

Przebywając w Usolu, potem w Irkucku, brał udział w życiu polskich i rosyjskich zesłańców. Utrzymywał kontakty z dekabrystami (Wołkońscy, Trubeccy), był odpowiedzialny za kształcenie małego Wołkońskiego. Bywał, z racji udzielanych lekcji, w domach elit Irkucka i władz gubernialnych. Miał możliwość obserwacji i dostęp do informacji. Żył ze świadomością cenzurowanego życia, świadomością, którą czasem odsłaniał na kartach Dziennika: Znowu biorę Leopolda do siebie, i tu we dwóch tylko gawędzimy swobodnie. On mi wyjaśnia żywym słowem to, co w listach koniecznie musiało być ciemne, niedopowiedziane itd. (I, 340).
… biada nam wszystkim i krajowi całemu…
Czas zesłania upływał więc nie tylko w gronie obcych, ale też przyjaciół-zesłańców, ich przybywających na Syberię rodzin, świeckich i duchownych. Polaków oraz Rosjan. Nadzorców i nadzorowanych. Po obu stronach spotykał ludzi uczciwych, szlachetnych, heroicznych, ale też zwyrodnialców i kanalie. Z właściwym sobie dystansem oddawał to, co każdemu było należne, bez względu na narodowość i pozycję. Często padały bardzo gorzkie słowa:
Czy jedność zgoda i miłość braterska są to uczucia między Polakami niepodobne lub czyli tylko nie mogą ostać się w naszej, acz tak nielicznej gromadce, zawsze niewymownie sama ta wątpliwość bolesna. W pierwszym przypuszczeniu – biada nam wszystkim i krajowi całemu, w drugim – biada naszemu kółku!…
Julian Glaubicz Sabiński, Dziennik syberyjski, t. 1, s. 103
Sam strzegł najwyższych i najważniejszych wartości: miłości bliźniego, Ojczyzny, Boga. Niebanalne świadectwo trwania przy polskości, której nieodłącznym elementem była wierność Kościołowi rzymskiemu i zachowanie nie obrzędowej, ale głębokiej wiary przodków, przynosi scena spotkania z popem, próbującym skłonić go do przyjęcia prawosławia. Odrzucając propozycję, pożegnał duchownego mocnymi, podszytymi ironią, ale i świadczącymi o głębokiej wierze słowami: […] jeślibym tylko miał dość siły, nauki i zdolności, wtedy przez wdzięczność starałbym się przelać weń zasady naszego wyznania, zwracając go na rzeczywistą zbawienia drogę – na łono Rzymskiego Kościoła, po chwili dodając: zapewne nie zobaczymy się na wieki (I, 81).
Inny duchowny Kościoła prawosławnego, głodnych nakarmił, nie przyjął zapłaty i przez dłuższą chwilę towarzyszył zesłańcom. Sabiński czuł, że wiara, modlitwa dodawały mu sił. Więc tworzył teksty modlitewne wpisujące się w zesłańczą niedolę. Jeszcze podczas drogi na Syberię, z okazji rocznicy uchwalenia Konstytucji 3 maja, napisał Modlitwę wygnańców w drodze do Irkucka 21 kwietnia/3 maja 1839 r. rozpoczynającą się od słów: Wielki Ojców naszych Boże! Ty, pod którego opieką niegdyś szczęściem i sławą kwitnęła nasza Ojczyzna […]. Racz spojrzeć na nędzę naszą, powstrzymaj swoje karania i okaż miłosierdzie nad potomkami przez tyle wieków miłego Tobie narodu… (I, 182).
O żono, o dzieci moje! Jakże mi gorzko żyć bez was…
Sybir Sabińskiego to czas samokształcenia, pogłębiania znajomości rosyjskiego i czas lektury. Tu – może po raz pierwszy? – sięgnął po skarb czyli tomik poezji naszego Adama z petersburskiej edycji (I, 313). Czytał z dużym krytycyzmem. Dziennik nasycony jest refleksjami, których część można określić mianem krytycznoliterackich:
Porównywałem Puszkina z Mickiewiczem. W ocenieniu starałem się zachować najsurowszą, najsumienniejszą bezstronność. Jednakże na bok odłożywszy te wszystkie korzyści, jakie Mickiewicz miał w swoim języku, […] pod samym nawet względem talentu i poetycznej wartości bez wątpienia Mickiewiczowi palma należy
Julian Glaubicz Sabiński, Dziennik syberyjski, t. 1, S. 455-456
Znał teksty Wincentego Pola. Z Gustawem Ehrenbergiem, poza literackimi, utrzymywał guwernerskie kontakty. Na bieżąco śledził dokonania Józefa Ignacego Kraszewskiego. Przykłady można mnożyć. Nie ograniczał się do literatury pięknej i polskiej. Poliglota czytał książki francuskie, włoskie, niemieckie. Czytał po łacinie i rosyjsku. Chcąc pogłębić wiedzę, studiował źródła, mapy, księgi z zakresu historii, geografii, botaniki. Szukał bibliotek i znalazł – w Krasnojarsku! Mieściła się w gmachu z frontonem bez okien i drzwiami zamkniętymi na wielką kłódkę, co z przymiotnikiem „publiczna” zgodzić dość trudno (I, 150). Lektury były remedium na nudę, lęk o najbliższych, tęsknotę.
O żono, o dzieci moje! Jakże mi gorzko żyć bez was, choćbym się w raju znajdował!”– pisał, nieco dalej dodając: „Myśli i serce moje nie tu zostają… Są one z wami żono, dziatki, kraju ojczysty…„
Julian Glaubicz Sabiński, Dziennik syberyjski, t. 1, S. 101, 108
Dobre złego owoce
Konfrontacja miejsca narzuconego, obcego z krajem zawsze wypadała zawsze na korzyść tego ostatniego – naszej ziemi mlekiem i miodem płynącej (I, 255). Tu, na Syberii doświadczał zła i smutku. Swój nastrój przenosił na otaczającą przyrodę: Okolica tu smutna bardzo. Ciągła płaszczyzna, w dali otoczona wielkiemi lasami. Jednym słowem Sybir, jak sobie go wyobrażałem wtedy, gdy mnie ani śnić się nie mogło, że tu zapędzony zostanę (I, 101). W innym miejscu dodawał: Słowików i skowronków nie ma na Syberii! Potem okazało się, że nie do końca miał rację.

Czy czas zesłania, czas tęsknoty i cierpienia zrodził jakieś dobre owoce? W 1843 r., kiedy Eliza Mewiusówna, ta sama, która kilka lat wcześniej lenistwem, arogancją dręczyła swego guwernera, żegnając go, dziękowała za wszystko, cokolwiek w niej DOBREGO znajdować się może (I, 437). Dobro było efektem jego wpływu.
*Julian Glaubicz Sabiński, Dziennik syberyjski, t. 1–3, oprac. do druku W. i R. Śliwowscy, wstęp J. Trynkowski, Warszawa 2009 – dalej w tekście głównym cyfrą rzymską oznaczam tom, zaś arabską stronę.
Dr hab. Małgorzata Król wykłada na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim.
Śródtytuły pochodzą od redakcji.


