
Miał kilka apartamentów rozsianych po całym świecie, luksusowe samochody i żył jak król. A nazwisko, które sobie wybrał na dorosłe życie brzmiało Roy, czyli Król właśnie. Przez całe lata spędzone w Nowej Zelandii Jan Wojciechowski – John Roy zajmował się ratowaniem upadających przedsiębiorstw, na czym zarabiał krocie. Ale tak naprawdę chyba nigdy nie przestał być małym Jankiem, wraz z rodziną wyrwanym w lutym 1940 r. przez Sowietów z bezpiecznego domu w osadzie Ostrówki koło Drohiczyna Poleskiego i wywiezionym do osady Nuchw-Oziero w rejonie plesieckim obwodu archangielskiego.
Jego ojciec Józef pochodził z zachodniej Polski i w międzywojniu dostał od marszałka Piłsudskiego kilkanaście hektarów ziemi w nagrodę za udział w wojnie polsko-bolszewickiej 1920 r. Zanim doszło do deportacji, Sowieci aresztowali Józefa i rozstrzelali. Matka – Helena została sama z szóstką dzieci. Zmarła z chorób i wycieńczenia w Uzbekistanie, dokąd trafiła po podpisaniu układu Sikorski-Majski.
To, co Jan Wojciechowski od życia dostał, oddał z naddatkiem będąc na emeryturze. W Howick, dzielnicy największego nowozelandzkiego miasta Auckland założył Muzeum Polskiego Dziedzictwa. Został też konsulem honorowym RP, ufundował tablicę upamiętniającą przybycie do Nowej Zelandii statku „General Randall” wiozącego grupę 733 dzieci – polskich sierot i półsierot ewakuowanych przez Iran z Sybiru w 1944 r. On sam również przypłynął na tym statku. Tablica zawisła w 2004 r. przy nabrzeżu portu w Wellington, dokąd w 1944 r. zacumował statek przewożący małych Sybiraków obciążonych ogromnym bagażem cierpienia. Przez lata wspomagał finansowo polską społeczność w Nowej Zelandii.
Zmarł w sobotę 23 sierpnia 2025 r. w wieku 92 lat. „Komu wiele dano, od tego wiele wymagać się będzie” – tę przestrogę Jan Wojciechowski wypełnił z pewnością z naddatkiem. Niech spoczywa w pokoju.


