Tim Smith
Po II wojnie światowej ponad 160 tys. Polaków przesiedlonych w wyniku konfliktu postanowiło nie wracać do Polski i zamieszkać w Wielkiej Brytanii. Dużą część z tej grupy stanowili Sybiracy, byli mieszkańcy Kresów Wschodnich, którzy w latach 1940 i 1941 zostali uwięzieni lub deportowani do przymusowych obozów pracy w Związku Sowieckim.

Pod koniec II wojny światowej Europa była zalana przesiedleńcami. Ponad milion stanowili Polacy, w tym żołnierze Armii Andersa przebywający w północnych Włoszech. Poza Europą, wielu Sybiraków spędziło wojnę na Bliskim Wschodzie. Podobnie jak cywile, którzy zostali ewakuowani ze stref konfliktu, rozproszyli się po całym Imperium Brytyjskim.

Polacy, którzy uciekli ze Związku Sowieckiego i przeżyli wojnę, nie mogli wrócić do ojczyzny. Polska nie była reprezentowana na konferencjach w Teheranie ani w Jałcie, gdzie Amerykanie i Brytyjczycy ugięli się pod żądaniami Stalina. Porozumienia powojenne oznaczały, że praktycznie całe Kresy zostały wchłonięte przez Związek Sowiecki, a sama Polska znalazła się pod rządami komunistycznego reżimu kontrolowanego przez Moskwę.

Prawie wszyscy wysiedleni Polacy uznali, że powrót do życia pod rządami Stalina jest zarówno niedopuszczalny, jak i niebezpieczny. Słusznie obawiali się, że w razie powrotu zostaną potraktowani jak wrogowie reżimu komunistycznego. Tylko około 105 tys. z nich wróciło do Polski. Pozostali osiedlili się na Zachodzie. Taka decyzja była trudna i bolesna szczególnie dla tych, których rodziny nadal przebywały w Polsce.
Udawali się głównie do USA i Kanady, ale wielu z nich osiedliło się w Wielkiej Brytanii, pomimo początkowych wysiłków rządu brytyjskiego, aby nakłonić ich do powrotu do Polski. Wśród nich byli Sybiracy, którzy zostali przetransportowani do Wielkiej Brytanii w ramach ogromnej, trwającej trzy lata operacji morskiej. Początkowo przywieziono personel wojskowy (głównie mężczyzn) z Włoch i Bliskiego Wschodu, a następnie cywilów i członków rodzin wojskowych (głównie kobiety i dzieci) z Afryki Wschodniej, Indii, Meksyku, Nowej Zelandii i Bliskiego Wschodu. Rozpoczęło się ich życie na wygnaniu.
Przybyli do kraju, który pilnie potrzebował odbudowy i zmagał się z dotkliwym niedoborem siły roboczej. Rząd brytyjski uznał wówczas, że Polacy, obok innych europejskich uchodźców, mogą w istotny sposób uzupełnić ten niedobór.
Polski Korpus Przysposobienia i Rozmieszczenia (PKPiR) został utworzony w 1946 r. w celu zapewnienia zakwaterowania, nauczania języka angielskiego i zmiany kwalifikacji ludzi. Nowo przybyłych kierowano do jednego z ponad 150 obiektów należących do PKPiR. Były to dopiero co opuszczone obozy wojskowe, lotnicze lub jenieckie, skromnie wyposażone i często odizolowane. Zakwaterowanie odbywało się zazwyczaj w masowo produkowanych barakach, tzw. barakach Nissena. Te długie budynki z zaokrąglonymi, falistymi dachami były ironicznie nazywane przez nowych mieszkańców beczkami śmiechu. Udogodnienia, takie jak łazienki, pralnie, kuchnia i jadalnie, były wspólne. Podobnie wyglądał budynek przekształcony w kościół katolicki.
Po dwóch latach uporządkowanego życia w obozach, ludzie mieli przenieść się do świata cywilnego, choć wielu zostawało znacznie dłużej. Warunki życia były tam spartańskie, ale w tych miejscach wydawało się ono bezpieczniejsze i bardziej znajome niż na zewnątrz. Po zwolnieniu ze służby, ludzie byli kierowani do pracy w rolnictwie, górnictwie węgla, przemyśle tekstylnym, hotelarstwie, budownictwie i w przemyśle stalowym. Jakby mało było problemów z nowym językiem i kulturą, większość Polaków – zwłaszcza pochodzących ze środowisk wiejskich – trafiła do pracy całkowicie im obcej. Ministerstwo Pracy wydało ulotki zatytułowane: „Jak pomóc Ci osiedlić się w Anglii”, które zawierały porady dotyczące stania w kolejkach, używania słowa „Przepraszam” i przestrzegały mężczyzn przed całowaniem kobiet w ręce. Jednak aby przetrwać pierwsze, trudne lata nowego życia na wygnaniu, większość Polaków musiała radzić sobie wspierając się nawzajem.
W brytyjskim spisie powszechnym z 1951 r. Polskę jako miejsce urodzenia podało 162 239 osób, w porównaniu z 44 642 w spisie z roku 1931. Szacuje się, że 99 tys. z nich byli to Sybiracy. Ci niedawni przybysze stanowili największą grupę uchodźców politycznych, jaka kiedykolwiek osiedliła się w Wielkiej Brytanii.
Jeśli tylko mogli znaleźć pracę na terenach wokół obozów PKPiR, w których pierwotnie mieszkali, wielu z nich osiedlało się w tych miejscach. Duża liczba osób przeniosła się również do miast przemysłowych, w których praca może nie była dobrze płatna i nie spełniała oczekiwań, ale za to było jej dużo.

Chociaż brytyjskim władzom zależało na pełnej integracji Polaków z brytyjskim stylem życia, oni sami postrzegali swą polskość jako coś, co należy zachować. Było to ważne na poziomie osobistym, a także zapewniało autentyczny polski głos i kulturę w sytuacji gdy Polską kierowały rządy wspierane przez Związek Sowiecki. Aby wspierać te cele, utworzono ogólnokrajową sieć klubów i organizacji. Niektóre z nich, jak Stowarzyszenie Polskich Kombatantów (SPK), cieszyły się popularnością wśród starszego pokolenia. Inne, jak Polskie Harcerstwo, skierowane były do młodszych pokoleń. Ruch szkół sobotnich był również istotnym sposobem zaszczepiania dzieciom polskiej historii, języka i tradycji oraz dumy z własnych korzeni.
Zakłady włókiennicze północnej Anglii należały do największych pracodawców zatrudniających europejskich pracowników, w takich miejscach jak Leeds, Manchester, Halifax, Huddersfield i Bradford. Podczas gdy elity polityczne i kulturalne skupiały się głównie w Londynie i okolicach, gdzie nadal działał polski rząd na uchodźstwie, to północne potęgi przemysłowe zapewniały schronienie i pracę większości tych, którzy przeszli przez Syberię i Bliski Wschód.

Jedna z największych grup Polaków osiedliła się w Bradford, w hrabstwie West Yorkshire, w miejscu, które niegdyś było światową stolicą przemysłu wełnianego. Większość osiedlała się w śródmieściu, gdzie mieszkania były tanie i skąd było niedaleko do pracy. Przybyłem tu w 1986 r. jako młody fotograf zainteresowany dokumentowaniem życia osób, które przybyły z całego świata do pracy w przemyśle tekstylnym. Wkrótce znalazłem się na Edmund Street, niedaleko centrum miasta. Ulica miała zaledwie 160 m. długości i mieścił się przy niej polski kościół parafialny, parafialne centrum społecznościowe, polski klub, polska szkoła sobotnia i dom opieki dla starszych Polaków. Niedaleko znajdowało się SPK i kolejna szkoła sobotnia.

Moja pierwsza wizyta w tym miejscu miała na celu sfotografowanie uroczystości Bożego Ciała. Odwiedzałem wówczas kapliczki zbudowane wokół kościoła i wzdłuż ulicy. Było to dla mnie interesujące jako fotografa, ale skupienie się na procesji prowadzonej przez wielu mężczyzn w mundurach i niosących sztandary wydało mi się nieco militarystyczne. „Nie w moim guście”, pomyślałem. W końcu wojna skończyła się ponad czterdzieści lat temu. Ale dlaczego oni byli nią tak zafascynowani?
Dopiero później uświadomiłem sobie, że moja wiedza o historii tej społeczności była taka sama, jak wiedza typowego Anglika. Pomimo ich ciągłej obecności jako jednej z największych grup mniejszościowych w powojennej Wielkiej Brytanii, niewiele wiedzieliśmy o tym, jak i dlaczego tu przybyli. Ta społeczność wydała mnóstwo publikacji, ale praktycznie wszystkie były po polsku. Wiedziałem, że II wojna światowa rozpoczęła się wraz z napaścią Hitlera na Polskę, ale nie wiedziałem o późniejszej inwazji sowieckiej. Legendarni polscy piloci, którzy odegrali tak bohaterską rolę w bitwie o Anglię, byli częścią brytyjskiej legendy, ale nigdy nie słyszałem o Armii Andersa. Z pewnością nigdy nie słyszałem słowa Sybirak.

Dopiero po powrocie z Ukrainy, gdzie byłem tuż przed odzyskaniem przez ten kraj niepodległości od Związku Sowieckiego, naprawdę zrozumiałem, dlaczego II wojna światowa pozostała tak ważna dla Polaków w Bradford. Będąc w mieście Lviv dowiedziałem się, że kiedyś był to Lwów; że w 1939 r. było to miasto zbliżone pod względem wielkości do dzisiejszego Bradford. Również dowiedziałem się, że chociaż mniej więcej jedna trzecia identyfikowała się jako Polacy, to jedna trzecia jako Żydzi, i jedna trzecia jako Ukraińcy, to wszyscy jego mieszkańcy byli obywatelami polskimi. Znaki polskiego dziedzictwa były powszechne, od starych szyldów z napisem „Piwo” przed od dawna istniejącymi barami po ogromny pomnik Adama Mickiewicza na starówce. Ponownie moja znajomość historii okazała się bardzo wybiórcza. Wiedziałem, co stało się z ludnością żydowską podczas wojny, ale nie wiedziałem nic o katolickiej ludności polskiej. Kiedy zapytałem miejscowych Ukraińców, dokąd poszli Polacy, odpowiedzieli, że nie wiedzą. Postanowiłem dowiedzieć się tego po powrocie do domu.


Ku mojemu wielkiemu zaskoczeniu, to właśnie ci ludzie byli moimi sąsiadami z Bradford i których spotykałem w całej północnej Anglii. Im więcej się dowiadywałem, tym bardziej chciałem wiedzieć. Mając niewiele do czytania (i to w czasach przed Internetem), współpracowałem z kolegami z muzeów w Bradford, wykorzystując fotografię i historię mówioną, aby udokumentować historie dawnej społeczności emigrantów.

Zacząłem rozumieć, że wojna zmieniła dla nich absolutnie wszystko, dlaczego tak ważne było dla nich podtrzymywanie polskiej tożsamości i kultury poprzez sieć kościołów, klubów i szkół sobotnich, które stworzyli. Wejście do tej „Małej Polski” było cofnięciem się w czasie, ale nauczyłem się doceniać, jak ogromna nostalgia za utraconą ojczyzną sprzyjała tworzeniu świata przesiąkniętego językiem i wartościami przedwojennej, prawdziwie niepodległej Polski. Jak powiedział nam jeden z naszych rozmówców z drugiego pokolenia: „Przyjazd tutaj był postrzegany jako bezpieczne miejsce, ale tak naprawdę nie był to dom i nigdy nim nie będzie. Dom jest w ich sercach, a ich serca niosą ze sobą przeszłość i to, co wydarzyło się wcześniej”.

Wszystko to obecnie zmieniło się. Przy życiu pozostała jedynie garstka brytyjskiej Polonii pierwszego pokolenia, a młodsze pokolenia z powodzeniem zintegrowały się z brytyjskim życiem. Niektórzy nadal zachowują lojalność wobec polskiej kultury i istnieje wiele sposobów, aby czuć się Polakami. Dołączyła do nich również duża liczba Polaków, którzy przybyli po przystąpieniu Polski do UE. Obecnie to atrakcje nowoczesnych państw europejskich – czy to Wielkiej Brytanii, czy Polski bardziej ich poruszają niż tradycyjne problemy zorganizowanego życia społecznego w Wielkiej Brytanii.

Tim Smith jest niezależnym fotoreporterem, filmowcem i historykiem społeczności lokalnej hrabstwa Yorkshire. Zajmuje się organizacją wystaw, publikacjami i projektami multimedialnymi. Współpracuje z teatrami, pisarzami, artystami i filmowcami. Mieszka w Bradford od prawie czterdziestu lat, a miasto i jego kosmopolityczne społeczności są źródłem inspiracji dla większości jego prac i punktem wyjścia dla wielu krajowych i międzynarodowych projektów. W latach 80. był koordynatorem jednostki ds. dokumentacji dziedzictwa kulturowego miasta Bradford, będącej częścią Muzeów Bradford. Badając historię mieszkańców miasta, jednostka zgromadziła kolekcję ponad 300 tys. fotografii i stworzyła najważniejsze archiwum historii mówionej północnej Anglii. W latach 90. pracował jako fotoreporter, głównie dla gazety The Observer. Od 2001 r. koncentruje się na długoterminowych projektach, które zaprezentował w dwunastu książkach oraz dziesiątkach wystaw organizowanych w kraju i za granicą. Wiele z nich dotyczy powiązań między Wielką Brytanią a mieszkańcami innych części świata, takich jak Ukraina, Polska, Jemen, Afryka Wschodnia, subkontynent azjatycki i Karaiby. W 2001 r. jego książka „Keeping the Faith – The Polish Community in Britain” zdobyła nagrodę Arts Council of England’s Community Publishing Prize. W 2025 r., podczas Fotofestiwalu w Łodzi, był – wraz z Martą Szymańską – współproducentem wystawy „Tu i Tam”.
Tłumaczenie z języka angielskiego: Katarzyna Remża (Muzeum Pamięci Sybiru)


