Polska, brytyjska Polonia i Bradford

17/09/2025

Tim Smith

Po II wojnie światowej ponad 160 tys. Polaków przesiedlonych w wyniku konfliktu postanowiło nie wracać do Polski i zamieszkać w Wielkiej Brytanii. Dużą część z tej grupy stanowili Sybiracy, byli mieszkańcy Kresów Wschodnich, którzy w latach 1940 i 1941 zostali uwięzieni lub deportowani do przymusowych obozów pracy w Związku Sowieckim.

Procesja religijna z chorągwiami maszerująca ulicą miasta
Procesja z okazji święta Bożego Ciała przy ołtarzach zbudowanych przy polskim kościele parafialnym Matki Bożej Częstochowskiej w Bradford. 1987. Foto: Tim Smith.

Pod koniec II wojny światowej Europa była zalana przesiedleńcami. Ponad milion stanowili Polacy, w tym żołnierze Armii Andersa przebywający w północnych Włoszech. Poza Europą, wielu Sybiraków spędziło wojnę na Bliskim Wschodzie. Podobnie jak cywile, którzy zostali ewakuowani ze stref konfliktu, rozproszyli się po całym Imperium Brytyjskim.

Mężczyzna w garniturze patrzący na Pietę i krzyże zawieszone na ścianie
Kazachstan, Uzbekistan, Syberia, Archangielsk, Kołyma… Miejsca, do których deportowano Polaków w Związku Sowieckim, wypisane na ścianie kościoła św. Andrzeja Boboli w Londynie, upamiętniającej zmarłych w tych miejscach, 1999. Foto: Tim Smith.

Polacy, którzy uciekli ze Związku Sowieckiego i przeżyli wojnę, nie mogli wrócić do ojczyzny. Polska nie była reprezentowana na konferencjach w Teheranie ani w Jałcie, gdzie Amerykanie i Brytyjczycy ugięli się pod żądaniami Stalina. Porozumienia powojenne oznaczały, że praktycznie całe Kresy zostały wchłonięte przez Związek Sowiecki, a sama Polska znalazła się pod rządami komunistycznego reżimu kontrolowanego przez Moskwę.

Starszy mężczyzna prezentujący starą mapę.
Mężczyzna mieszkający w pobliżu Lincoln, prezentujący plan folwarku i domu, które stracił, gdy trafił do obozu koncentracyjnego podczas II wojny światowej. Majątek ten znajduje się obecnie na Litwie. 1999. Foto: Tim Smith.

Prawie wszyscy wysiedleni Polacy uznali, że powrót do życia pod rządami Stalina jest zarówno niedopuszczalny, jak i niebezpieczny. Słusznie obawiali się, że w razie powrotu zostaną potraktowani jak wrogowie reżimu komunistycznego. Tylko około 105 tys. z nich wróciło do Polski. Pozostali osiedlili się na Zachodzie. Taka decyzja była trudna i bolesna szczególnie dla tych, których rodziny nadal przebywały w Polsce.

Udawali się głównie do USA i Kanady, ale wielu z nich osiedliło się w Wielkiej Brytanii, pomimo początkowych wysiłków rządu brytyjskiego, aby nakłonić ich do powrotu do Polski. Wśród nich byli Sybiracy, którzy zostali przetransportowani do Wielkiej Brytanii w ramach ogromnej, trwającej trzy lata operacji morskiej. Początkowo przywieziono personel wojskowy (głównie mężczyzn) z Włoch i Bliskiego Wschodu, a następnie cywilów i członków rodzin wojskowych (głównie kobiety i dzieci) z Afryki Wschodniej, Indii, Meksyku, Nowej Zelandii i Bliskiego Wschodu. Rozpoczęło się ich życie na wygnaniu.

Przybyli do kraju, który pilnie potrzebował odbudowy i zmagał się z dotkliwym niedoborem siły roboczej. Rząd brytyjski uznał wówczas, że Polacy, obok innych europejskich uchodźców, mogą w istotny sposób uzupełnić ten niedobór.

Polski Korpus Przysposobienia i Rozmieszczenia (PKPiR) został utworzony w 1946 r. w celu zapewnienia zakwaterowania, nauczania języka angielskiego i zmiany kwalifikacji ludzi. Nowo przybyłych kierowano do jednego z ponad 150 obiektów należących do PKPiR. Były to dopiero co opuszczone obozy wojskowe, lotnicze lub jenieckie, skromnie wyposażone i często  odizolowane. Zakwaterowanie odbywało się zazwyczaj w masowo produkowanych barakach, tzw. barakach Nissena. Te długie budynki z zaokrąglonymi, falistymi dachami były ironicznie nazywane przez nowych mieszkańców beczkami śmiechu. Udogodnienia, takie jak łazienki, pralnie, kuchnia i jadalnie, były wspólne. Podobnie wyglądał budynek przekształcony w kościół katolicki.

Po dwóch latach uporządkowanego życia w obozach, ludzie mieli przenieść się do świata cywilnego, choć wielu zostawało znacznie dłużej. Warunki życia były tam spartańskie, ale w tych miejscach wydawało się ono bezpieczniejsze i bardziej znajome niż na zewnątrz. Po zwolnieniu ze służby, ludzie byli kierowani do pracy w rolnictwie, górnictwie węgla, przemyśle tekstylnym, hotelarstwie, budownictwie i w przemyśle stalowym. Jakby mało było problemów z nowym językiem i kulturą, większość Polaków – zwłaszcza pochodzących ze środowisk wiejskich – trafiła do pracy całkowicie im obcej. Ministerstwo Pracy wydało ulotki zatytułowane: „Jak pomóc Ci osiedlić się w Anglii”, które zawierały porady dotyczące stania w kolejkach, używania słowa „Przepraszam” i przestrzegały mężczyzn przed całowaniem kobiet w ręce. Jednak aby przetrwać pierwsze, trudne lata nowego życia na wygnaniu, większość Polaków musiała radzić sobie wspierając się nawzajem.

W brytyjskim spisie powszechnym z 1951 r. Polskę jako miejsce urodzenia podało 162 239 osób, w porównaniu z 44 642 w spisie z roku 1931. Szacuje się, że 99 tys. z nich byli to Sybiracy. Ci niedawni przybysze stanowili największą grupę uchodźców politycznych, jaka kiedykolwiek osiedliła się w Wielkiej Brytanii.

Jeśli tylko mogli znaleźć pracę na terenach wokół obozów PKPiR, w których pierwotnie mieszkali, wielu z nich osiedlało się w tych miejscach. Duża liczba osób przeniosła się również do miast przemysłowych, w których praca może nie była dobrze płatna i nie spełniała oczekiwań, ale za to było jej dużo.

Widok mężczyzny w ruchu na terenie hali fabryki włókienniczej
Mężczyzna pracujący w przędzalni tekstylnej w Yorkshire, gdzie używano maszyn przędzalniczych jeszcze z poprzedniej epoki. 1987. Foto: Tim Smith.

Chociaż brytyjskim władzom zależało na pełnej integracji Polaków z brytyjskim stylem życia, oni sami postrzegali swą polskość jako coś, co należy zachować. Było to ważne na poziomie osobistym, a także zapewniało autentyczny polski głos i kulturę w sytuacji gdy Polską kierowały rządy wspierane przez Związek Sowiecki. Aby wspierać te cele, utworzono ogólnokrajową sieć klubów i organizacji. Niektóre z nich, jak Stowarzyszenie Polskich Kombatantów (SPK), cieszyły się popularnością wśród starszego pokolenia. Inne, jak Polskie Harcerstwo, skierowane były do ​​młodszych pokoleń. Ruch szkół sobotnich był również istotnym sposobem zaszczepiania dzieciom polskiej historii, języka i tradycji oraz dumy z własnych korzeni.

Zakłady włókiennicze północnej Anglii należały do największych pracodawców zatrudniających europejskich pracowników, w takich miejscach jak Leeds, Manchester, Halifax, Huddersfield i Bradford. Podczas gdy elity polityczne i kulturalne skupiały się głównie w Londynie i okolicach, gdzie nadal działał polski rząd na uchodźstwie, to północne potęgi przemysłowe zapewniały schronienie i pracę większości tych, którzy przeszli przez Syberię i Bliski Wschód.

Mężczyzna w marynarce i kapeluszu pozuje do zdjęcia w hali fabrycznej trzymając w dłoni fotografię
Aleksander Szymański w Muzeum Przemysłu w Bradford ze zdjęciem z czasów młodości, gdy pracował w lokalnej przędzalni. Był jednym z tysięcy Polaków, którzy przybyli do miasta, aby pracować w lokalnym przemyśle tekstylnym. 2009. Foto: Tim Smith.

Jedna z największych grup Polaków osiedliła się w Bradford, w hrabstwie West Yorkshire, w miejscu, które niegdyś było światową stolicą przemysłu wełnianego. Większość osiedlała się w śródmieściu, gdzie mieszkania były tanie i skąd było niedaleko do pracy. Przybyłem tu w 1986 r. jako młody fotograf zainteresowany dokumentowaniem życia osób, które przybyły z całego świata do pracy w przemyśle tekstylnym. Wkrótce znalazłem się na Edmund Street, niedaleko centrum miasta. Ulica miała zaledwie 160 m. długości i mieścił się przy niej polski kościół parafialny, parafialne centrum społecznościowe, polski klub, polska szkoła sobotnia i dom opieki dla starszych Polaków. Niedaleko znajdowało się SPK i kolejna szkoła sobotnia.

A group of people marching on the street
Procesja członków Stowarzyszenia Byłych Kombatantów podczas święta Bożego Ciała przy polskim kościele parafialnym Matki Boskiej Częstochowskiej w Bradford. 1987. Foto: Tim Smith.

Moja pierwsza wizyta w tym miejscu miała na celu sfotografowanie uroczystości Bożego Ciała. Odwiedzałem wówczas kapliczki zbudowane wokół kościoła i wzdłuż ulicy. Było to dla mnie interesujące jako fotografa, ale skupienie się na procesji prowadzonej przez wielu mężczyzn w mundurach i niosących sztandary wydało mi się nieco militarystyczne. „Nie w moim guście”, pomyślałem. W końcu wojna skończyła się ponad czterdzieści lat temu. Ale dlaczego oni byli nią tak zafascynowani?

Dopiero później uświadomiłem sobie, że moja wiedza o historii tej społeczności była taka sama, jak wiedza typowego Anglika. Pomimo ich ciągłej obecności jako jednej z największych grup mniejszościowych w powojennej Wielkiej Brytanii, niewiele wiedzieliśmy o tym, jak i dlaczego tu przybyli. Ta społeczność wydała mnóstwo publikacji, ale praktycznie wszystkie były po polsku. Wiedziałem, że II wojna światowa rozpoczęła się wraz z napaścią Hitlera na Polskę, ale nie wiedziałem o późniejszej inwazji sowieckiej. Legendarni polscy piloci, którzy odegrali tak bohaterską rolę w bitwie o Anglię, byli częścią brytyjskiej legendy, ale nigdy nie słyszałem o Armii Andersa. Z pewnością nigdy nie słyszałem słowa Sybirak.

Mężczyzna w kapeluszu i w garniturze, do którego ma przypięte medale, siedzący przed wejściem do kościoła.
Polak z przypiętymi medalami z okresu II wojny światowej czeka na rozpoczęcie nabożeństwa z okazji święta Bożego Ciała w polskim kościele parafialnym Matki Boskiej Częstochowskiej w Bradford. 1987. Foto: Tim Smith.

Dopiero po powrocie z Ukrainy, gdzie byłem tuż przed odzyskaniem przez ten kraj niepodległości od Związku Sowieckiego, naprawdę zrozumiałem, dlaczego II wojna światowa pozostała tak ważna dla Polaków w Bradford. Będąc w mieście Lviv dowiedziałem się, że kiedyś był to Lwów; że w 1939 r. było to miasto zbliżone pod względem wielkości do dzisiejszego Bradford. Również dowiedziałem się, że chociaż mniej więcej jedna trzecia identyfikowała się jako Polacy, to jedna trzecia jako Żydzi, i jedna trzecia jako Ukraińcy, to wszyscy jego mieszkańcy byli obywatelami polskimi. Znaki polskiego dziedzictwa były powszechne, od starych szyldów z napisem „Piwo” przed od dawna istniejącymi barami po ogromny pomnik Adama Mickiewicza na starówce. Ponownie moja znajomość historii okazała się bardzo wybiórcza. Wiedziałem, co stało się z ludnością żydowską podczas wojny, ale nie wiedziałem nic o katolickiej ludności polskiej. Kiedy zapytałem miejscowych Ukraińców, dokąd poszli Polacy, odpowiedzieli, że nie wiedzą. Postanowiłem dowiedzieć się tego po powrocie do domu.

Uliczny grajek z trąbką i akordeonem
Grajek uliczny grający pod pomnikiem Adama Mickiewicza we Lwowie (obecnie Lviv) na sowieckiej Ukrainie. 1991. Foto: Tim Smith.
Chustki i tabliczki zawieszone na drzewach w lesie
Las Bykownia na obrzeżach Kijowa służył jako rozległy cmentarz NKWD, gdzie w masowych mogiłach pochowano nawet 200 tys. ofiar sowieckiego systemu. Wraz z upadkiem systemu komunistycznego ludzie udali się do lasu i przypinali do drzew pamiątki po zaginionych. Wiadomo, że ponad 3000 z nich to obywatele polscy zamordowani w 1940 r. Wielu z nich to oficerowie wojska, którzy zostali zamordowani w Zbrodni Katyńskiej. 1991. Foto: Tim Smith.

Ku mojemu wielkiemu zaskoczeniu, to właśnie ci ludzie byli moimi sąsiadami z Bradford i których spotykałem w całej północnej Anglii. Im więcej się dowiadywałem, tym bardziej chciałem wiedzieć. Mając niewiele do czytania (i to w czasach przed Internetem), współpracowałem z kolegami z muzeów w Bradford, wykorzystując fotografię i historię mówioną, aby udokumentować historie dawnej społeczności emigrantów.

Ludzie przy autokarze i obrazach o treści religijnej
Brytyjska Polonia pielgrzymująca z całej północnej Anglii na polową mszę świętą w zamku Hazelwood, klasztorze katolickim nieopodal Leeds. 1987. Foto: Tim Smith.

Zacząłem rozumieć, że wojna zmieniła dla nich absolutnie wszystko, dlaczego tak ważne było dla nich podtrzymywanie polskiej tożsamości i kultury poprzez sieć kościołów, klubów i szkół sobotnich, które stworzyli. Wejście do tej „Małej Polski” było cofnięciem się w czasie, ale nauczyłem się doceniać, jak ogromna nostalgia za utraconą ojczyzną sprzyjała tworzeniu świata przesiąkniętego językiem i wartościami przedwojennej, prawdziwie niepodległej Polski. Jak powiedział nam jeden z naszych rozmówców z drugiego pokolenia: „Przyjazd tutaj był postrzegany jako bezpieczne miejsce, ale tak naprawdę nie był to dom i nigdy nim nie będzie. Dom jest w ich sercach, a ich serca niosą ze sobą przeszłość i to, co wydarzyło się wcześniej”.

Grupa dzieci i dorosłych w strojach ludowych i mundurach harcerskich
Trzy pokolenia brytyjskiej Polonii zebrane po nabożeństwie w kościele parafialnym Matki Boskiej Częstochowskiej w Bradford, 1987. Foto: Tim Smith.

Wszystko to obecnie zmieniło się. Przy życiu pozostała jedynie garstka brytyjskiej Polonii pierwszego pokolenia, a młodsze pokolenia z powodzeniem zintegrowały się z brytyjskim życiem. Niektórzy nadal zachowują lojalność wobec polskiej kultury i istnieje wiele sposobów, aby czuć się Polakami. Dołączyła do nich również duża liczba Polaków, którzy przybyli po przystąpieniu Polski do UE. Obecnie to atrakcje nowoczesnych państw europejskich – czy to Wielkiej Brytanii, czy Polski bardziej ich poruszają niż tradycyjne problemy zorganizowanego życia społecznego w Wielkiej Brytanii.

Kobieta pozująca do zdjęcia z albumem rodzinnych fotografii w dłoniach. W tle widać mężczyznę.
Leonia Stępień, lat 84, z mężem Stanisławem w domu w Bradford. Trzyma album zdjęć swojej rodziny zrobionych na Kresach. Ten album to jedyna rzecz, którą zabrała, gdy jej rodzina miała niecałą godzinę na opuszczenie domu w lutym 1940 r. Zawsze trzymała ten album owinięty w chustę, gotowy do natychmiastowego zabrania. „Na wszelki wypadek” – mówi córce, co jest świadectwem trwającej traumy związanej z deportacją sprzed sześćdziesięciu lat. 2000. Foto: Tim Smith.

Tim Smith jest niezależnym fotoreporterem, filmowcem i historykiem społeczności lokalnej hrabstwa Yorkshire. Zajmuje się organizacją wystaw, publikacjami i projektami multimedialnymi. Współpracuje z teatrami, pisarzami, artystami i filmowcami. Mieszka w Bradford od prawie czterdziestu lat, a miasto i jego kosmopolityczne społeczności są źródłem inspiracji dla większości jego prac i punktem wyjścia dla wielu krajowych i międzynarodowych projektów. W latach 80. był koordynatorem jednostki ds. dokumentacji dziedzictwa kulturowego miasta Bradford, będącej częścią Muzeów Bradford. Badając historię mieszkańców miasta, jednostka zgromadziła kolekcję ponad 300 tys. fotografii i stworzyła najważniejsze archiwum historii mówionej północnej Anglii. W latach 90. pracował jako fotoreporter, głównie dla gazety The Observer. Od 2001 r. koncentruje się na długoterminowych projektach, które zaprezentował w dwunastu książkach oraz dziesiątkach wystaw organizowanych w kraju i za granicą. Wiele z nich dotyczy powiązań między Wielką Brytanią a mieszkańcami innych części świata, takich jak Ukraina, Polska, Jemen, Afryka Wschodnia, subkontynent azjatycki i Karaiby. W 2001 r. jego książka „Keeping the Faith – The Polish Community in Britain” zdobyła nagrodę Arts Council of England’s Community Publishing Prize. W 2025 r., podczas Fotofestiwalu w Łodzi, był – wraz z Martą Szymańskąwspółproducentem wystawy „Tu i Tam”.

Tłumaczenie z języka angielskiego: Katarzyna Remża (Muzeum Pamięci Sybiru)

Przejdź do treści