Wolność, rozgoryczenie, wegetacja

27/02/2026

Rozmowa z prof. dr. hab. Albinem Głowackim

Związek Sowiecki, napadnięty przez koalicję hitlerowską, stał się od lata 1941 r. obszarem prawdziwej wędrówki ludów. Miliony uchodźców i ewakuowanych przemieszczały się w chaosie z zachodu na wschód i z północy na południe, a wśród nich setki tysięcy obywateli polskich… O przełomie, jaki nastąpił latem 1941 roku i sytuacji tych, którzy częściowo odzyskali wolność, ale w zamian musieli ryzykować życiem, rozmawiamy z prof. dr. hab. Albinem Głowackim, jednym z najlepszych znawców historii Polaków i polskich obywateli w Związku Sowieckim.

Grupa mężczyzn w zimowych ubraniach stojących na śniegu
Byli łagiernicy w obozie formującej się Armii Andersa. Kołtubanka, obw. czkałowski, ZSRS, XI 1941, fot. Czesław Zembal. Ze zbiorów Instytutu Polskiego i Muzeum im. gen. Sikorskiego w Londynie

Marcin Zwolski: Co właściwie się stało w 1941 r., że sytuacja polskich obywateli w ZSRS tak radykalnie się zmieniła?

Albin Głowacki: Rok 1941 był bardzo ważny w historii świata, co wynikało z dwóch przesłanek: po pierwsze, z agresji III Rzeszy na Związek Sowiecki 22 czerwca, a po drugie z przystąpienia Stanów Zjednoczonych do wojny 7 grudnia, po japońskim ataku na amerykańską bazę Pearl Harbor na Hawajach. Oczywiście z punktu widzenia Polaków ważniejsze było to, co stało się w Europie.

Muszę tu zadać pytanie, które często budzi emocje: ilu polskich obywateli przebywało wówczas w ZSRS?

W okresie międzywojennym mieszkało w Sowietach ok. 1–1,2 mln Polaków. Natomiast nas interesować będą tutaj obywatele polscy, którzy po inwazji Armii Czerwonej na II Rzeczpospolitą znajdowali się na jej wschodnich ziemiach, wcielonych następnie do państwa Stalina, i z rozmaitych powodów trafili w różne regiony tego imperium. Środowisko Sybiraków przyjmuje, że w 1941 r. w głębi Związku Sowieckiego znajdowało się 1–1,5 mln, nawet dwa miliony obywateli polskich. Dane te są prezentowane bez podawania podstawy źródłowej. Ustalono je w środowisku badaczy emigracyjnych. Wobec tego, że nikt w Polsce „ludowej” nie miał możliwości sensownego badania tej sprawy – my w kraju również te dane przyjmowaliśmy. Natomiast od czasu, kiedy zostały odtajnione archiwa postsowieckie, uzyskaliśmy wgląd do materiałów NKWD i w oparciu o nie zrewidowaliśmy wspomniane wielkości.

Wypada zauważyć, że pod ogólną liczbą obywateli polskich w głębi terytorium ZSRR kryje się kilka kategorii osób. Jedną z nich są jeńcy wojenni. Tutaj też różne liczby były podawane, ale to wynikało z tego, że oni byli kilkakrotnie liczeni. Sowieci brali do niewoli jakieś oddziały polskie, robili wstępne przesłuchanie, a następnie tych ludzi zwalniali. I po drodze znów jakiś inny oddział Armii Czerwonej ich zatrzymał, i znów meldował, że tylu jeńców wziął. Więc my powinniśmy przyjmować te dane, które dotyczą około 125 tys. jeńców wojennych ostatecznie zatrzymanych przez Armię Czerwoną i przekazanych w gestię NKWD, których umieszczono w 10 obozach jenieckich.

W związku z panującą w nich dramatyczną sytuacją lokalową, aprowizacyjną i sanitarną, ok. 42,5 tys. szeregowców i podoficerów pochodzących z Kresów Wschodnich zwolniono. Zwolniono też podobną liczbę ludzi pochodzących ze strefy okupacji niemieckiej. To dokonało się w październiku–listopadzie 1939 r. Ostatecznie pozostało więc ok. 40 tys. jeńców.

Około 15 tys. z nich znalazło się w trzech obozach specjalnych – tych, które dobrze kojarzymy ze względu na Zbrodnię katyńską (Kozielsk, Starobielsk i Ostaszków). Natomiast 25 tys. szeregowców i podoficerów zostało umieszczonych w jenieckich obozach pracy. Pierwszy taki obóz, Obóz Rówieński (od Równego) został utworzony w celu budowy drogi z Nowogrodu Wołyńskiego do Lwowa. To był obóz rozciągnięty na trasie budowy tej drogi i posiadał filie na poszczególnych odcinkach budowy. Ludzie byli rozmieszczeni wzdłuż całej trasy. Z tych 25 tys. około 15 tys. było skierowanych właśnie do tego obozu, a 10 tys. – do obozów w południowo-wschodniej Ukrainie, takich jak krzyworoski, jeleno-karakubski i zaporoski. To były też specyficzne obozy, ponieważ tych ludzi zatrudniono w kopalniach i w hutach.

W każdym razie w tych obozach, szczególnie przy budowie drugi, dochodziło do ucieczek, więc ta liczba 40 tys. jeńców nieco się zmniejszała. Znany jest nam los jeńców z obozów specjalnych, którzy w 1940 r. zostali rozstrzelani. Wreszcie trzeci „ubytek” wiązał się z sytuacją, która miała miejsce na początku wojny niemiecko-radzieckiej w 1941 r. Tych ludzi ewakuowano na wschód i w czasie tej ewakuacji też doszło do dużych strat. Dodajmy i to, że w lecie 1940 r. NKWD przejęło ponad 5 tys. polskich żołnierzy internowanych na Litwie i Łotwie.

Ale jeńcy wojenni to zaledwie pierwsza kategoria…

Drugą kategorią byli aresztowani. W okresie wrzesień 1939 – połowa 1941 r. było to około 110 tys. Część z nich przebywała na więzieniach kresowych, natomiast inni już po otrzymaniu wyroków – raczej nie sądowych, tylko wydanych przez organy pozasądowe, czyli głównie kolegium specjalne – byli w łagrach lub na trasie do łagrów, czyli w więzieniach przesyłowych. Nie znamy dokładnej liczby obywateli polskich, którzy znajdowali się wtedy w łagrach. W statystykach NKWD byli oni traktowani już jako obywatele radzieccy. W więzieniach kresowych, według stanu na 10 czerwca 1941 r., przebywało jeszcze 43 tys. aresztowanych.

Dużo niewiadomych, ale też sporo liczb… Przejdźmy do kolejnej kategorii.

Kiedy zaczęła się wojna, we wrześniu 1939 r. mnóstwo ludzi uciekało przed Niemcami na wschód. Nagle okazało się, że „znaleźli się” w innym kraju, bo te ziemie zagarnęli Sowieci. Dlatego na terenie okupacji sowieckiej przebywało wielu uchodźców. Był problem społeczny. Byli to ludzie, którzy nie mieli tam pracy ani mieszkania. Zastanawiano się, co z nimi zrobić i podjęto decyzję, żeby część uchodźców oraz miejscowych bezrobotnych przesiedlić do wschodnich obwodów Białorusi i Ukrainy i tam zatrudnić. Innych „mobilizowano” do pracy w jeszcze odleglejszych miejscach – i to dotyczyło także specjalistów. Znam przypadki, że do pracy na Kaukazie, w Moskwie czy Leningradzie rekrutowano na przykład lekarzy i dentystów, wysokiej klasy specjalistów. Oni otrzymywali tam zatrudnienie na zasadzie dobrowolnej, ale bezrobotnych czy uchodźców mobilizowano przymusowo, na przykład do Donbasu, do kopalń czy hut. Było ich prawdopodobnie kilkadziesiąt tysięcy, może 70–80 tys. Tylu wyjechało. Ale jak już dojechali, to się bardzo rozczarowali, dlatego że im mówiono, że będą mieli dobre zarobki, dostaną kwatery itd. Po jakimś czasie wielu stamtąd uciekało i wracało na Kresy…

Jeśli mówimy o mobilizacji, to nie można zapominać o wojsku.

Tak. 29 listopada 1939 r. naszym obywatelom narzucono obywatelstwo radzieckie, więc jako obywatele radzieccy podlegali obowiązkowej służbie w Armii Czerwonej. Odbyły się dwa pobory: jesienny w 1940 r. i wiosenny w 1941. Po wybuchu wojny z Niemcami pospiesznie mobilizowano kolejnych. Mamy tu różne szacunki: od 100 do 210 tys. polskich obywateli wcielonych do sowieckiej armii. Niektórzy nawet mówią o 320 tys., ale uważam, że bliższe prawdy są te mniejsze liczby. Ci ludzie byli rozrzuceni po najrozmaitszych garnizonach w całym Związku Radzieckim.

O kimś jeszcze nie wspomnieliśmy?

Byli jeszcze ewakuowani po wybuchu wojny niemiecko-radzieckiej, w lecie 1941 r. Wyżej już wspomniano o więźniach,

 których przewożono do więzień poza strefę walk, a potem w miarę postępu wojsk niemieckich – przerzucano dalej na wschód. Pewna część z nich została zamordowana przez konwojentów lub zginęła po drodze. Ewakuowane były niektóre zakłady pracy z całymi załogami, jak też niektóre instytucje, np. domy dziecka. Znana jest historia dzieci z kolonii w Druskienikach, które były ewakuowane i trafiły ostatecznie do Karakulina w Republice Udmurckiej.

A co z uciekającymi przed frontem?

Właśnie, to była zupełnie chaotyczna akcja, uciekali różni ludzie. Badam teraz temat polskich studentów w Związku Radzieckim w czasie wojny i zauważyłem, że wśród studiujących na Uralu, w Moskwie, w Azji Środkowej byli tacy, którzy uciekli przed frontem, trafili najpierw przykładowo do Kijowa czy Charkowa, a potem dalej. Tutaj trudno podać ich liczbę, ale jeżeli chodzi o kategorie to wyróżniłbym komunistów, ponieważ aparat administracyjny i funkcjonariusze partyjni ratowali się przejeżdżając do kolejnych miast na wschód.

Cała tak zwana nowa władza…

Właśnie. Ci ludzie byli potem wykorzystani w organizacji polskich struktur najpierw po układzie Sikorski-Majski, a następnie przy tworzeniu Związku Patriotów Polskich. W archiwum Międzynarodówki Komunistycznej w Moskwie widziałem korespondencję tych cywilnych uciekinierów, którzy byli na Kresach w okresie sowieckim czasem ważnymi urzędnikami, nauczycielami, dziennikarzami, no i nagle znaleźli się np. w obwodzie saratowskim w jakimś kołchozie i musieli orać, siać czy brać udział przy żniwach. Pisali do Międzynarodówki błagalne prośby, że oni są wykorzystywani niewłaściwie, a mogliby się przydać w pracy propagandowej, dziennikarskiej czy innej. Tych ludzi rejestrowano w Międzynarodówce i jak przyszedł odpowiedni moment, to wzywano ich do Moskwy, do pracy polityczno-propagandowej.

Czy jesteśmy w stanie powiedzieć, jakiego rzędu były to wielkości – tysiące, dziesiątki tysięcy ewakuowanych?

Tutaj trudno w ogóle szacować, tysiące na pewno, ale czy więcej?

Rozmawiamy już tak długo o różnych kategoriach polskich obywateli, którzy przebywali w Związku Sowieckim w 1941 r., a jeszcze nawet nie wspomnieliśmy o deportowanych.

Deportowani to najliczniejsza grupa. Możemy w skrócie powiedzieć, że były cztery fale deportacyjne. Pierwsza objęła osadników i leśników: 10 lutego 1940 roku wywieziono w odległe regiony ponad 140 tys. osób. Kolejna fala jest związana z wywózką rodzin osób represjonowanych – 13 kwietnia 1940 r. Objęła 61 tys., a jeżeli doliczyć deportację prostytutek, przeprowadzoną 9 kwietnia, to będzie jeszcze o tysiąc osób więcej. Kolejna wywózka dotknęła uchodźców, którzy uciekali przed Niemcami, a potem, kiedy pojawiła się możliwość powrotu pod okupację niemiecką, to nie przyjęli paszportów sowieckich, tylko postanowili wrócić na zachód. Oni zostali deportowani 29 czerwca 1940 r. Ta grupa liczyła 79–80 tys. Wreszcie deportacja z 1941 r., rozciągnięta w czasie, objęła – nazwijmy to – „obcy element społeczny” z zaanektowanych przez Sowietów obszarów Litwy, Łotwy, Estonii oraz Mołdawii oraz Kresów, czyli zachodnich części Ukrainy i Białorusi. To byli np. członkowie rodzin aresztowanych czy ci, którzy uniknęli wcześniejszych wózek. W zachodnich obwodach Ukrainy ta deportacja miała miejsce 21/22 maja (około 12 tys.), na Litwie 14 czerwca (10 tys., z tego około 4 tys. Polaków, nie licząc obywateli polskich niebędących Polakami). Wreszcie 19/20 czerwca deportacja z zachodnich obwodów Białorusi (22 tys.), przeprowadzona pod bombami niemieckimi, bo niektóre transporty jeszcze były w trasie kiedy wybuchła wojna. W sumie te cztery wielkie fale wywózkowe objęły ponad 324 tys. obywateli polskich. Ponownie zwracam uwagę na ich skład narodowościowy: na dominację Polaków, na dużą liczbę wywiezionych polskich Żydów, mniejszy Ukraińców i Białorusinów.

Czy dobrze obliczam, że po czerwcu 1941 r. w głębi Związku Sowieckiego przebywało z pewnością ponad pół miliona polskich obywateli?

Tak. Szacunek, który możemy roboczo przyjąć, to ponad 700 tys. osób. W każdym razie mówimy o ogromnej liczbie.

1942 r., Jurginski rejon, Omska obłast’, ZSRS.
Polacy deportowani do ZSRS, pierwszy z lewej stoi Mieczysław Rozner.
Fot. NN, zbiory Ośœrodka KARTA, udostępniła Danuta Pawyza

Dla tych ludzi moment wznowienia przez Polskę stosunków dyplomatycznych z Sowietami, a następnie „amnestia” i możliwość poruszania się po Związku Sowieckim oznaczały radykalną zmianę.

Amnestia była rezultatem podpisania 30 lipca 1941 r. tzw. układu Sikorski–Majski. Układu, który był krytykowany przez część naszych polityków, ale który represjonowani obywatele polscy przyjęli z wielką radością, gdyż okazał się dla nich wybawieniem, ratunkiem, nadzieją na odmianę tragicznego losu. Zapewne można się zgodzić z krytykami, że można było wynegocjować wtedy więcej, ale nam zależało na szybkim zakończeniu negocjacji. A poza tym na unormowaniu stosunków polsko-radzieckich bardzo zależało Brytyjczykom, którzy byli głównymi rozgrywającymi w tych negocjacjach. Nie ulega wątpliwości, że niektóre zapisy były niedopracowane, niezbyt precyzyjne, co było potem wykorzystywane przez Sowietów. W układzie było zapisane, że traktaty sowiecko-niemieckie z 1939 r., które dotyczyły zmian terytorialnych w Polsce, utraciły swoją moc. Ale nie zostało dopisane, że utraciły swoją moc także decyzje władz radzieckich o włączeniu tych ziem do Związku Radzieckiego czy o nadaniu obywatelstwa radzieckiego ich mieszkańcom. Wielu ludzi potem cierpiało z tego powodu.

Kogo konkretnie dotyczyła amnestia i jakie dawała możliwości?

Objęła przebywających w Sowietach obywateli polskich pozbawionych wolności bądź jako jeńcy wojenni, bądź „na innych wystarczających podstawach”. Generalnie rzecz biorąc, dotyczyła przetrzymywanych w obozach jenieckich, więźniów, łagierników, ludzi pozostających w aresztach śledczych i rzeszę zesłańców.

A co z wcielonymi do Armii Czerwonej czy zmobilizowanymi do pracy?

Oni nie zostali wymienieni w dekrecie amnestyjnym. Zresztą, trzeba powiedzieć, że część wcielonych do armii obywateli polskich była w momencie wybuchu wojny z Niemcami posłana na front. Oni słusznie zastanawiali się o co tam walczą i w pierwszej fazie zmagań częstokroć korzystali z okazji i przechodzili na drugą stronę frontu. Ponieważ to przybierało dosyć duże rozmiary, Sowieci wycofali z linii frontowych tak zwanych zapadników, czyli zmobilizowanych z zachodnich obwodów, z Kresów, ale niestety nie oznaczało to ich demobilizacji, tylko przekazanie do tak zwanych strojbatów – batalionów budowlanych. Tam były straszliwe warunki, ponieważ te bataliony były używane do budowy obiektów wojennych, ale też do pracy w przemyśle wojennym, w warunkach wręcz łagrowych. Mimo to oni nie podlegali amnestii.

Dekret o amnestii z 12 sierpnia 1941 r. był ogólny, natomiast porządek zwolnienia regulowały szczegółowe dyrektywy szefa NKWD Ławrientija Berii. On posyłał w teren rozmaite wytyczne, wyjaśniał na przykład, że zwolnieniu podlegali także ci obywatele polscy, którzy byli aresztowani przed 17 września, jeśli ich obywatelstwo polskie było udokumentowane. Natomiast jeżeli ktoś był skazany przez kolegia specjalne bądź podejrzany np. o szpiegostwo na rzecz Niemiec, to nie obejmowała go amnestia. Nie podlegały zwolnieniu osoby pochodzenia niemieckiego, rumuńskiego i włoskiego, bo te państwa właśnie walczyły z Sowietami, więc jeżeli ktoś był Włochem, ale obywatelem polskim, nie mógł być zwolniony. Były pewne ograniczenia wewnętrzne, i chociaż formalnie wszyscy podlegali zwolnieniu, w praktyce działo się inaczej. Ogółem zwolniono, według danych NKWD z 15 stycznia 1943 r., a więc w końcu tej operacji, 389 041 osób – bardzo dużą grupę, ale na pewno nie wszystkich.

Trzeba też powiedzieć, że „amnestią” dla obywateli polskich najbardziej byli zaskoczeni ich „pracodawcy”. Kiedy nagle taki komendant łagru dowiedział się, że ma zwolnić 100, 200 czy 1000 dotychczasowych więźniów, to nie chciał tego zrobić, bo miał plan do wykonania, a kto go miał zrealizować? Między innymi dlatego „amnestia” była realizowana z różnymi oporami. Także tych zesłanych, którzy pracowali w kołchozach, w lesie, czy w fabrykach, starano się zatrzymywać różnymi zachętami – poprzez podniesienie wynagrodzenia, lepsze stanowiska i kwatery, żeby nie zawaliła się produkcja.

Kiedy ludzie zaczęli wyjeżdżać z miejsc przymusowego pobytu?

„Amnestię” ogłoszono w sierpniu 1941 r., pierwsze wytyczne wydano jeszcze w tym samym miesiącu, więc w gruncie rzeczy to zwalnianie mogło się zacząć we wrześniu czy październiku. Ale ja znam przykłady, że niektórzy dopiero na wiosnę 1942 r. byli zwolnieni, więc to nie było tak od razu. Jeżeli ktoś był zesłany na północ, to miał świadomość, że musi się stamtąd wyrwać przed nastaniem pory zimowej, przed wstrzymaniem żeglugi, bo jedyny transport odbywał się wodą. Więc ludzie, jak tylko dowiedzieli się o takiej możliwości, od razu chcieli wyjeżdżać. Inni jednak uważali, że trzeba się przygotować do takiej wyprawy, zorganizować jakąś żywność, odzież, obuwie, co wcale nie było łatwe… Jak ktoś zdecydował się wyruszyć z całą rodziną, to musiał zdobyć miejsce pociągu, na statku czy barce. Wprawdzie „amnestionowanym” zapewniono bezpłatne przejazdy, ale nie miejscówki! Przecież to nie były takie wagony, jak to my sobie dzisiaj wyobrażamy. Pamiętajmy, że trwała wojna, kolej była zajęta transportem wojska, broni i amunicji, jak też ewakuacją z rejonów przyfrontowych. Jak w takich warunkach dostać się do pociągu? W tłumie chętnych należało mocno się rozpychać, kombinować, szturmować wejścia, pilnować zdobytych miejsc, by ktoś ich nie zajął. Ci ludzie przeżyli gehennę próbując przejechać do miejsc formowania armii gen. Andersa albo gdzieś do Azji Środkowej, do rejonów o lepszym klimacie.

Sama podróż też nie należała do przyjemności…

Tak. I trwała po kilka tygodni. Trasę pokonywało się nie według rozkładów jazdy, ale tak, jak pozwalała na to sytuacja na torach i szlakach wodnych. W zatłoczonych wagonach towarowych czy na barkach nie dało się zachować elementarnych warunków higieny osobistej, a wokół byli ludzie wycieńczeni fizycznie, psychicznie i zdrowotnie. Zaraz wybuchły rozmaite choroby: tyfus plamisty, dyzenteria, zapalenie płuc, różne schorzenia układu pokarmowego. W tych wagonach panowała wręcz katastrofa sanitarna. Znamy sytuacje, że kiedy wagony dojeżdżały na stację, to wyjmowano z nich najpierw trupy. To było coś strasznego. A na miejscu okazywało się, że obywatele polscy nie byli jedynymi, którzy tam przyjechali. Wszędzie panował ogromny tłok, bo przecież miliony ludzi ewakuowanych z terenów przyfrontowych. Poza tym, jeżeli ktoś przyjeżdżał z północy do Uzbekistanu czy Kazachstanu, do ciepłego klimatu, to tam bardzo łatwo było się zarazić rozmaitymi chorobami, zwłaszcza że stan tych ludzi był przerażający, to były ludzkie szkielety rozpaczliwie błagające o pomoc.

Wprawdzie po wznowieniu stosunków dyplomatycznych z Sowietami powstawały terenowe placówki polskiej ambasady – delegatury, działali mężowie zaufania, ale to wszystko to dopiero było w trakcie organizacji. Uzgodnienie zasad działania polskich dyplomatycznych przedstawicielstw nastąpiło dopiero w końcu grudnia 1941 r., a tymczasem ich potencjalni podopieczni pilnie potrzebowali realnej pomocy. Na trasie przejazdów wychodzili z pociągów na dworce i zwracali się o konkretne wsparcie. W najważniejszych węzłach kolejowych były tworzone dla „amnestionowanych” polskie placówki wojskowe, ale one też dopiero się organizowały.

Pamiętajmy też, że ci ludzie nie znali tak dobrze geografii tego wielkiego kraju, więc jechali troszkę na oślep, a bywało, że pociągi były przekierowywane – ktoś chciał jechać w jedno miejsce, a lądował w innym. Po drodze ludzie umierali, rodziny się rozłączały, na przykład ktoś wyszedł na dworcu żeby poszukać pożywienia, a pociąg z jego rodziną odjechał… To były straszne dramaty.

W badaniach dotyczących czy to deportacji, czy innych form represji sowieckich, z reguły skupiamy się na samym momencie represji jako najbardziej tragicznym, a moment „amnestii”, uwolnienia, przedstawiamy jako najszczęśliwszy. Tymczasem okazuje się, że to była dalsza część tragedii albo nawet jej zaostrzenie.

 Ci ludzie, umęczeni, osłabieni, chorzy, zdezorientowani, wygłodzeni i brudni, koczowali na dworcach, ulicach, placach w miastach i miasteczkach Azji Środkowej, umierali tam z głodu, z chorób, z wycieńczenia. Pamiętajmy, że gdy oni tam dojechali, docierali tam też ewakuowani obywatele sowieccy, więc tamtejsze władze najpierw chciały pomóc swoim. Rozgoryczeni obywatele polscy żądali pomocy, żywności, zakwaterowania, jakiejś pracy i władze w pewnym momencie rozwiązały ten problem radykalnie. 19 listopada 1941 r. Państwowy Komitet Obrony ZSRR podjął uchwałę o przesiedleniu 36,5 tys. polskich „amnestionowanych” z Uzbekistanu do Kazachstanu. Polskie władze nic o tym nie wiedziały, nikt z nimi tego nie konsultował. Uchwałę tę NKWD wykonało bardzo szybko, bo już w dniach 25 listopada – 5 grudnia 1941 r. Polska ambasada mimo interwencji nic nie mogła zrobić. Po prostu z dnia na dzień przekierowano pociągi.

Ze wspomnień zesłańców wynika, że oni nie mieli świadomości tego przesiedlenia. Przyjechali, byli już w Uzbekistanie i nagle ich pociąg jechał do Kazachstanu. Ambasada polska, świadoma ogromnej skali żywiołowego przemieszczania się zdesperowanych rodaków po ogłoszeniu „amnestii”, ostrzegała, że doprowadzi to do katastrofy. Ambasador Stanisław Kot apelował o wstrzymanie się przed spontanicznymi wyjazdami. Jednocześnie zabiegał u Sowietów o planowe przesiedlenie „amnestionowanych”, wskazując dla nich tereny Powołża, gdzie wcześniej mieszkali Niemcy, karnie wysiedleni stamtąd przez Stalina po wybuchu wojny. Ale nic z tego zamiaru nie wyszło.

Dwaj mężczyźni kopiący grób na cmentarzu zimą
Żołnierze kopiący grób na cmentarzu, Buzułuk, obw. czkałowski, ZSRS, XII 1941, fot. Czesław Zembal. Ze zbiorów Instytutu Polskiego i Muzeum im. gen. Sikorskiego w Londynie

Mówi się, że być może śmiertelność wśród polskich obywateli w czasie przemieszczeń po amnestii mogła przewyższać śmiertelność w łagrach i specposiołkach z lat 1940–1941…

Na pewno mogę powiedzieć, że 1942 r. był najgorszym okresem w życiu polskich zesłańców. Na niektórych obszarach także rok 1943, ponieważ jeżeli chodzi o Kazachstan czy Kirgistan, to tam nadal panował autentyczny głód. Najwięcej ofiar śmiertelnych było w 1942 r. właśnie na obszarze środkowoazjatyckim. Umierał tam duży odsetek wycieńczonych zarówno cywilów (w tym wiele dzieci), jak i wojskowych z armii gen. Andersa, do czego przyczyniły się zwłaszcza epidemie tyfusu i innych chorób zakaźnych.

Rozmawiał: Marcin Zwolski

Prof. dr hab. Albin Głowacki – wykładowca Uniwersytetu Łódzkiego, członek Rady Muzeum Pamięci Sybiru.

Przejdź do treści