Jerzy Rohoziński
Tak, to była akurat historia z happy endem. 19 czerwca 2019 r., dzięki staraniom Instytutu Pileckiego w Warszawie, Tassybaj Abdikarimow z rejonu machtaaralskiego, staruszek w tiubetejce o pięknie wyżłobionej twarzy, jako pierwszy obywatel Kazachstanu otrzymał z rąk Prezydenta RP medal „Virtus et Fraternitas” za pomoc Polakom w czasach wojny i panowania systemów totalitarnych.
To wydarzyło się już po wojnie. W jedną noc 18 kwietnia 1952 r. władze sowieckie przesiedliły ponad 5 tys. etnicznych Polaków z Białoruskiej SRR na południe Kazachstanu do niewolniczej pracy na polach bawełnianych sowchozu „Pachta-arał”. W Głodny Step, który władza sowiecka pokrywała siecią kanałów irygacyjnych nawadniających uprawy bawełny. To była ostatnia masowa deportacja ludności polskiej z dawnych Kresów. Nazywało się to wysiedleniem „rodzin kułackich”. Wśród deportowanych była także rodzina Jabłońskich z Grodzieńszczyzny. Jest z nimi 20-letni Walenty, wówczas student medycyny. W tobołku z rzeczami skrywał aparat fotograficzny, kupiony na grodzieńskim bazarze. Dokonując istnych cudów z nocnym wywoływaniem filmu, uwieczniał przełomowe momenty zsyłki. To właśnie jemu pomoże podczas choroby młody Tassybaj, przynosząc jedzenie.

„…tam stał ich dom”
Kozłowicze, obwód grodzieński na Białorusi, rodzinna wieś Jabłońskich. Dookoła pola pszenicy i ziemniaków, jakieś 20 gospodarstw. Pusto, cicho, spokojnie. „Tam rosły kiedyś wierzby, Jabłońscy je posadzili” – pokazuje daleko w dali Grzegorz Obuchowicz, najstarszy mieszkaniec wsi, przewodniczący tutejszego komitetu parafialnego – „Potem je ścięli, bo przeszkadzały w kołchozie. Jabłońscy mieli tu 28 hektary, oni tu bardzo dobrze gospodarzyli, trzymali tu krowy, świniaki. A tam stał ich dom”. A potem? „Potem co? Wszystko zabrali pod kołchozy. Razkułaczywanie było, ludzi wywozili. W 1949 r. i 1950 r. zaczęli dawać duże podatki, 3–4 razy w roku, a potem jeszcze dobawili i dobawili, a jak kto nie zapłacił, to wywozili. Chyba jak ktoś napisał, że wszystko oddaje i idzie do kołchozu, to wtedy już tego podatku nie musiał płacić. W tamte czasy po wojnie to do władz brali frontowików, partyzanów, zawsze im dawali jakieś stanowisko. W Kozłowiczach był taki Horbaczewski, miał starą oborę, a tam karabin był. On chował, czy nie on – nie wiadomo. Ale dostał 15 lat”.
Z drogi widać na wzniesieniu drewniany kościółek w kształcie sześcianu, kryty blachą z dwiema czworokątnymi wieżami. Wchodzimy do środka. Cztery słupy, trzy drewniane ołtarze, w oknach witraże, wiszą trzy obrazy – Matki Boskiej Częstochowskiej, Najświętszego Serca Pana Jezusa, Króla Wszechświata, św. Andrzeja Boboli, między nimi chorągiew „Wstaw się za nami wygnańcami” i figura Maryi. „Do tej figury modlili się osadnicy z Rokitna, to tu obok, niedaleko. Ale jak ich wywieźli w 1940 r., to ona trafiła do naszego kościoła” – wyjaśnia pan Grzegorz. „To była taka przydrożna kapliczka i tam osadnicy odprawiali majowe”. Potem dodaje: „Walenty Jabłoński służył tu jako ministrant”.
Kiedyś był tu zaścianek szlachecki. Liczba mieszkańców w 1921 r.: 175 osób, 145 katolików, 30 prawosławnych. Stał tu wtedy kościół parafialny Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny i św. Andrzeja Boboli z pierwszej połowy XIX w. W latach 50. XIX w. odnowiła go miejscowa ziemianka, hrabina Aleksandra Swieczyna z Bispingów. Po Powstaniu Styczniowym, przejęty przez prawosławnych, został przerobiony na cerkiew. W 1920 r. zwrócono go katolikom. Podczas okupacji, sowieckiej i niemieckiej na tutejszej plebanii schroniły się siostry nazaretanki z Grodna, które potajemnie nauczały dzieci religii.

Tajny rozkaz nr 00246
Dla tego świata nie będzie miejsca na sowieckiej Białorusi. Tutejsza Rada Ministrów już od pierwszych dni po „wyzwoleniu” przebierała nogami: pozbyć się Polaków, pozbyć się „kułaków”. W marcu 1949 r. śle do Malenkowa pismo, w którym urabia ówczesnego wicepremiera na okoliczność „działalności antyradzieckiej kułactwa ściśle związanej z kontrrewolucyjnym podziemiem nacjonalistycznym”, alarmuje, że „elementy kułackie dokonują aktów terrorystycznych”. No, ale Kreml milczał, bowiem organy bezpieczeństwa wszędzie zawalone były robotą.
Zielone światło na deportacje przychodzi dopiero we wrześniu 1951 r. Za realizację zadania organy zabierają się wiosną 1952. „W kwietniu bieżącego roku z obwodów grodzieńskiego, mołodecznieńskiego, brzeskiego, baranowickiego, pińskiego i połockiego Białoruskiej SRR należy wysiedlić do rejonów Kazachskiej SRR tych kułaków z rodzinami, którzy są wrogo nastawieni do kołchozów” – brzmi ściśle tajny rozkaz MSW ZSRR nr 00246. Do wysiedlenia zatwierdzono łącznie 1375 rodzin, czyli 6064 osoby, zamieszkujące obwody brzeski, grodzieński, mołodeczański i miński. Ostatecznie deportowano poniżej 6 tys. osób. Części rodzin udało się ukryć, na listach były błędy, czasem je naprędce zmieniano, swoje zrobiły też łapówki. Wysiedleni – przynajmniej w teorii – mogli z sobą zabrać kosztowności, przedmioty domowego użytku i zapas żywności. Ich majątek nieruchomy przekazywano kołchozom.
– „No i Jabłońskich wywieźli” – ciągle dalej opowieść stary Obuchowicz. – A co się potem stało z ich domem? – „Przewieźli do Hryniówki, to wieś obok, tam żyją prawosławni, no i przebudowali na naczalną szkołę”. Z prawosławnymi nie było żadnych zatargów? „Nie, my tu z nimi dobrze żyli.” – A ich też wywozili? – „Nie, prawosławnych nie. Ale w latach 70. ludzie zaczęli stamtąd wyjeżdżać do Grodna, innych miast, no i szkołę zakryli”. – Pomagali tu zesłanym? – „Pewnie, dzielili się jak mogli. To im wieprzaka, to mąkę posłali.” – A wracali potem ludzie z wywózki? „Zdarzało się, tylko bumagu trzeba było podpisać, że się nie zgłasza pretensji do utraconego mienia. Rodzina mojej żony wróciła, staruszki, dzieci nie mieli, no i przyjechali, ale wszystko im zabrali. Chata gdzieś zniesiona, sprzedana. Został tylko chlew, no i w tym chlewie zrobili taki piecyk, i tak dożyli w tym chlewie do starości. A tak to kto mógł, to do Polski wyjeżdżał…”.
Kogo stąd wywieźli? Pyrscy, Obuchowicze, Lisowscy… – te nazwiska przewijają się w opowieściach. Kto jeszcze? Nazwiska wysiedlonych figurują w kartotece represjonowanych w latach 1928–1953. Kartoteka jest w Narodowym Archiwum Republiki Białoruś. Ale nikt mnie przecież tam nie wpuści…

Cztery teczki, cztery rodziny, cztery dramaty
Skoro nie można na Białorusi, to trzeba szukać w Kazachstanie. Jadę do Szymkentu, dawnej stolicy obwodu południowokazachstańskiego. Pierwsze kroki kieruję do tutejszego Muzeum Ofiar Represji Politycznych. Nie, nie przychodzę z ulicy, byłem umówiony i – by tak rzec – zaprotegowany. Muzeum powstało w 2001 r., podlega władzom municypalnym, ma nowoczesną bryłę i całkiem strawną ekspozycję. W środku przede wszystkim Wielki Terror 1937–1938, represje wobec członków ruchu kazachskich autonomistów Ałasz Orda, powstanie w Suzaku przeciw kolektywizacji – profil głównie regionalny, ale tło ogólnokrajowe też jest. Tablice informacyjne tylko po kazachsku, przychodzi sporo wycieczek szkolnych. Przewodniczka – młoda dziewczyna tłumaczy mi, że „Stalin o głodzie i represjach nic nie wiedział”, że to wszystko działo się „za jego plecami”. Cóż wychodzę z muzeum, a tu dokładnie naprzeciwko wejścia w parku po drugiej stronie ulicy stoi monument „Wielkiej Wojny Ojczyźnianej”…
Pani dyrektor – jak to dyrektorzy – narzeka na niedofinansowanie i braki kadrowe, że przecież można by dużo więcej, a tak, to „sam Pan rozumie”, ale daje mi cztery teczki skopiowane z dawnego archiwum KGB. Wczytuję się w dokumenty, marszczę czoło, pani dyrektor mi się przypatruje i odkrywa coś bliskiego w moich rysach. Muszę mieć korzenie stepowe, tureckie, może nawet i trochę mongolskie. Mam. Kozackie. Od strony ojca.
Cztery teczki deportowanych w 1952 r. do obwodu południowokazachstańskiego z sowieckiej Białorusi, obwód grodzieński i mołodeczański. Cztery rodziny „kułaków”: trzy polskie, jedna litewska (czy było ich więcej?). Cztery teczki, cztery nazwiska, cztery rodziny, cztery dramaty. Michał Joskiewicz (ur. 1874) z rodziną, żona Michalina, córka Zuzanna, „kułackie gospodarstwo” – 15 ha ziemi, dwa konie, trzy krowy, 15 owiec i kóz, jeden parobek i trzech pracowników sezonowych. Ojciec w czerwcu 1956 r., na podstawie orzeczenia komisji rajzdrawotdieła (rejonowego wydziału zdrowia), otrzymuje II grupę inwalidzką. Adolf Ankianiec (Litwin, ur. 1888) z rodziną, mało gramotnyj, „gospodarstwo kułackie” – 19 ha ziemi, jeden koń, jedna krowa, 16 owiec i kóz, zatrudnia stałych i sezonowych pracowników najemnych. Syn Antoni (ur. 1926) zwolniony z wysiedlenia w 1953 r., bo nie pracował z rodzicami w gospodarstwie, a poza tym ożenił się z Natalią Powarową, od sierpnia 1946 r. członkiem KPZR, dwukrotnie odznaczoną inwalidką „Wielkiej Wojny Ojczyźnianej”. Antoni Berdzik (ur. 1891) z rodziną: żona, czterech synów i trzy córki, mało gramotnyj, „gospodarstwo kułackie” – 15 ha ziemi, dwa konie, cztery krowy, pięć owiec i kóz, robotnicy sezonowi. Aha, 19 maja 1949 r. Berdzik został skazany na 10 lat pozbawienia wolności z artykułu 93b kodeksu karnego Białoruskiej SRR (czysta ruletka, nie ma co się zagłębiać w jego treść) i pięć lat utraty praw (a miał jakiekolwiek?!), ale 30 kwietnia 1953 r. na mocy dekretu Rady Najwyższej ZSRR z 27 marca 1953 r. zwolniono go z odbywania kary i wysiedlono do rejonu pachtaaralskiego (dziś machtaaralski), gdzie przebywała już jego rodzina. Tak, tak, amnestia, łączenie rodzin – dobry pan był z tego Ławrentija Pawłowicza Berii. Po pobycie w więzieniu dożywali tam góra miesiąc. Wreszcie Maria Szłykowicz (ur. 1927) z rodziną: dwie córki i dwóch synów, „gospodarstwo kułackie” – 8,8 ha ziemi, 14 ha ogrodu, 2,2 ha łąki, dwa konie, cztery krowy, osiem owiec i kóz.
Bezduszne papiery, bezduszni ludzie…
Teczki są niemal identyczne. Te same dokumenty, ankiety formularze. Oglądasz je i zastanawiasz się: nudne, wyprane z emocji papierzyska. Ale tak nie wolno myśleć. Nim trafiły do teczki skazańca, a potem do archiwum, miały swoją dramatyczną historię. Najpierw kogoś aresztowano, kazano się szybko spakować, enkawudziści krzyczeli, żeby nie uciekał, bo będą strzelać bez ostrzeżenia i wieźli do obwodowego Urzędu Spraw Bezpieczeństwa. Tam siedział jakiś pułkownik, major czy podpułkownik, zadawał pytania, ćmił papierosa i stukał w maszynę do pisania. Imię, nazwisko, data urodzenia, narodowość, stan cywilny… Po dwóch – trzech godzinach do podpisania była pierwsza ankieta personalna. W pociągu inny enkawudzista podsuwa następną ankietę, tym razem krótszą. A tam stoi, że na podstawie dekretu Prezydium Rady Najwyższej ZSRR z 26 listopada 1948 r. obywatel taki a taki udaje się na obowiązkowe specposielenie bez prawa powrotu do poprzedniego miejsca zamieszkania. Po przyjeździe, już na miejscu, w speckomendanturze podpisuje zaś, że zapoznał się z postanowieniem Rady Komisarzy Ludowych ZSRR z 28 stycznia 1945 r. „o statusie prawnym specposielenców”. Aha, i jeszcze taki świstek, „raspiska”, że za ucieczkę ze specposielenia grozi 20 lat katorgi. Tu przy podpisach „zapoznałem się” widać, że ludziom najbardziej drżały ręce… Przed powrotem z zesłania wszyscy podpisują zaś oświadczenie: „Mogę zamieszkać w dowolnym miejscu kraju, poza tym obwodem, gdzie mieszkałem przed wysiedleniem, dom i mienie skonfiskowane podczas wysiedlenia nie podlegają zwrotowi”.
Rekompensata za przelany pot
„…nie podlegają zwrotowi”, oczywiście… Ale w Państwowym Archiwum Obwodu Południowokazachstańskiego czeka mnie spore zaskoczenie. Archiwum wciśnięte między budynki policji i resortu spraw wewnętrznych – spuścizna po czasach sowieckich, kiedy sfera archiwalna podlegała MSW, stojącego na straży tajemnicy, jaką skrywały dokumenty. Bo dokumenty ex definitione skrywały jakąś tajemnicę. Ale mam odpowiedni papier, zgodę, a ptasie mleczka ofiarowane z głębokim ukłonem pani dyrektor stanowią jasny sygnał, że jestem człowiekiem na poziomie. Wszyscy są tu dla mnie bardzo mili. Jest grudzień, na dworze siarczysty – jak na południe kraju – mróz, archiwum niedogrzane, pracownicy w swetrach i kufajkach, ale ja mam luksus – panie wstawiają do czytelni dodatkowy piecyk.
Przeglądam korespondencję miejscowej administracji w latach 50. I co widzę? W marcu 1958 r. przewodniczący południowokazachstańskiego obłispołkomu (obwodowego komitetu wykonawczego) towarzysz Uspanow dostał ponaglające pismo z MSZ Kazachskiej SRR: „Ministerstwo (…) już od kwietnia 1957 r. wielokrotnie pisało o przekazaniu pieniędzy, należących się obywatelom polskim za odpracowane dni w kołchozach rejonu iliczewskiego i kirowskiego obwodu południowokazachstańskiego. Z 16 obywateli polskich, którym należą się pieniądze za pracę, iliczewski oddział Gosbanku przelał na rachunek ambasady polskiej w Moskwie przekazy tylko dla 7 osób (…). Nie zważając na liczne napomnienia pisemne i telegraficzne, rajispołkomy iliczewski i kirowski do tej pory z uporem milczą i nie realizują ważnego zadania organu rządowego – MSZ ZSRR. Od roku między MSZ Kazachskiej SRR a iliczewskim i kirowskim rajispołkomami toczy się korespondencja o przekazie pieniężnym należącym się od kołchozów polskim obywatelom, którzy wyjechali w 1956 r., a do tej pory rejon iliczewski nie przekazał środków następującym obywatelom: R. Obuchowicz, J. Siedlecki, H. Jurewicz, S. Miktajfus, Kuczyński L.A., Kuczyński H.A., Bogucki, Macewicz, Pietkiewicz i R. Machniewicz, a rejon kirowski – obywatelom: Kazakowski i Kondrat. Zgodnie z informacjami Wydziału Konsularnego MSZ ZSRR Ambasada Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej w Moskwie uporczywie domaga się rozliczenia i przekazania pieniędzy ww. polskim repatriantom. Zważywszy na znaczenie polityczne tej kwestii, MSZ Kazachskiej SRR zwraca się z prośbą do południowokazachstańskiego obłispołkomu o podjęcie odpowiednich kroków w celu przyspieszenia przekazu pieniężnego na ww. rachunek Ambasady PRL w moskiewskim Wniesztorgbanku. Kierownictwo MSZ ZSRR proponuje dokonać pełnego rozliczenia i zrealizować przekaz pieniężny do 15 kwietnia b.r. Proszę poinformować o podjętych środkach w celu zreferowania przed MSZ ZSRR”. Na piśmie widnieje ręczna adnotacja, że w przypadku pozostałych 9 osób dokonano rozliczenia.

A, co do iliczewskiego rajispołokomu, to kontrola Głównego Urzędu ds. Przesiedleńców już w 1953 r. stwierdziła „bezduszno-biurokratyczne podejście do przesiedleńców”: emerytur, rent i zapomóg przez 6–12 miesięcy nie dostawało nawet „120 rodzin poległych żołnierzy, inwalidów Wielkiej Wojny Ojczyźnianej i pracowniczych, samotne matki i rodziny wielodzietne”. No, to naprawdę „podejście bezduszno-biurokratyczne”… Pytanie tylko, czy ktoś po drodze nie „przytulił” tych pieniędzy. My tu tak „wieszamy psy” na urzędnikach rajispołkomu… A deportowana w te rejony Gruzinka (bo tu w pewnym momencie znalazły się niemal wszystkie narody planety) Ksenia Bidzinaszwili wspomina np.: „Byli tak zwani brygadziści. To byli Kazachowie, oni nas pilnowali. Co pięć dni dawali nam za naszą pracę coś w rodzaju wypłaty, żebyśmy mieli z czego żyć, mogli kupić sobie za coś jedzenie i picie”. No więc taki brygadzista, przewodniczący kołchozu, księgowy, czy przysłowiowy listonosz, mógł dla siebie schować czyjąś rentę czy wypłatę… Tyle, że naszym rodakom zapewne nie chodziło o „coś w rodzaju wypłaty”, tylko uczciwe wynagrodzenie za katorżniczą pracę. Tak naprawdę o odszkodowanie za zrujnowane zdrowie i wyrwany kawał życia.
Wynagrodzenie za pracę w pieniądzu to była zresztą nowość. Taka nowinka pojawia się właśnie po raz pierwszy w 1957 r. w bawełnianych kołchozach i sowchozach Uzbeckiej SRR. Kołchoźnicy dostają mniej niż ci z sowchozów. A kto dostawał wypłatę, nie mógł się potem nadziwić jak bardzo jej wysokość nie nadąża za tymi niby szalonymi zyskami gospodarstwa, jakie wyłaniały się w rozmaitych statystykach, sprawozdaniach, uroczystych przemówieniach i prasowych peanach. A socjalistyczni menedżerowie sektora bawełnianego cięli po pensjach, jak mogli, żeby wyrobić się z planem. Może towarzyszom kazachskim też takie reformy wtedy chodziły po głowie? Może to właśnie na fali „monetaryzacji wynagrodzeń” wypłynęły te odszkodowania dla naszych rodaków z Białorusi?
Walenty nie dostał nic

Trudno powiedzieć. Ciekawi mnie, jak to wszystko poszło. Jak się odbyło? Ta „uporczywość” naszej ambasady w Moskwie… To znaczy naszej – nie naszej. Peerelowskiej. Przeglądam więc w archiwum MSZ sprawozdania konsularne i tajne szyfrogramy z okresu repatriacji. Szukam, węszę: jak to było z tymi odszkodowaniami, kto, co, jak? Ale nic nie ma. Owszem, generalnie jest sporo nerwówki – negocjowanie umowy z Sowietami, logistyka. „Coraz częściej napływają do ambasady depesze i listy od Polaków z oddalonych miejscowości z prośbą o telegraficzne przekazanie im pieniędzy na opłacenie kosztów podróży do kraju” – informują dyplomaci centralę w maju 1956 r. W ostatecznej wersji umowy będzie zapis, że „koszta przejazdów i przewozu bagażu ponoszą repatrianci. Strona radziecka ponosi tylko koszt przejazdu osób uwięzionych i znajdujących się w miejscach przymusowego osiedlenia”. Sowieci nie zgodzili się też na „samodzielne wyjazdy w teren” polskich dyplomatów. Umowa nie regulowała też „spraw odszkodowań osób represjonowanych, a potem rehabilitowanych”. Strona polska utrzymywała poza tym, że „uprawnionych do repatriacji, to jest – Polaków byłych obywateli polskich, jest kilkakrotnie więcej, niż podaje strona radziecka”, oceniając tę liczbę na 500 tys. i planując przyjmować po 60–100 tys. osób rocznie. Sowieci to utrudniali i spowalniali, a we wrześniu 1958 r. ambasada odnotowywała „fakty ograniczeń w przyjmowaniu podań od repatriantów” przez stronę radziecką i spadek liczby repatriowanych przy wzroście liczby zgłaszających się. Pada nawet w którymś momencie stwierdzenie: „przebieg rozmów był trudny, ich stanowisko było bardzo sztywne”.
No więc jak, do licha, udało się z tymi odszkodowaniami (jeśli się rzeczywiście udało)? I dlaczego tylko dla jednych, a dla drugich już nie? Bo Walenty Jabłoński np. nic nie dostał…
Dr Jerzy Rohoziński, historyk, antropolog kultury, adiunkt w Ośrodku Badań nad Totalitaryzmami (Instytut Pileckiego), interesuje się historią społeczno-religijną Rosji carskiej i ZSRS. Autor książek: „Święci, biczownicy i czerwoni chanowie. Przemiany religijności muzułmańskiej w radzieckim i poradzieckim Azerbejdżanie”; „Bawełna, samowary i Sartowie. Muzułmańskie okrainy carskiej Rosji 1795–1916”; „Gruzja. Początki państw”; „Narodziny globalnego dżihadu”; „Najpiękniejszy klejnot w carskiej koronie. Gruzja pod panowaniem rosyjskim 1801–1917”; „Pionierzy w stepie? Kazachstańscy Polacy jako element sowieckiego projektu modernizacyjnego”. Odznaczony Złotą Odznaką Zasługi Związku Sybiraków.


